Malezja, Singapur, Indonezja. Część 7: z powrotem w Kuala Lumpur

Wylądowaliśmy. Na zewnątrz lało i w związku z tym do dyspozycji pasażerów były czerwone parasolki Air Asia. Cieszyłam się na samą myśl o powrocie do Kuala Lumpur. Nie pamiętałam za bardzo jak dostać się do centrum – ale to dlatego, że jechaliśmy pociągiem, drogo. Teraz już wiemy, że można jechać autobusem.

Odebraliśmy bagaże i mieliśmy się zorientować co i jak.
- OK, ale chodźmy stąd, bo tu jedzie rybą. – ustaliliśmy zgodnie i zmyliśmy się w stronę toalet i wyjścia. Niestety, im dalej byliśmy od taśm, tym bardziej byliśmy pewni, że zapach rybny nas nie opuszcza. Pochyliliśmy się nad wózkami z plecakami – o nie! to wózki cuchną! Byliśmy źli, że trafił nam się cuchnący rybą wózek i zaczęliśmy nerwowo ściągać z niego plecaki. O nie! To nie wózki cuchną. Byliśmy źli, że nie trafił nam się cuchnący rybą wózek. Plecaki miały rybne mokre plamy, również szelki. Chcieliśmy chociaż trochę ten smród zmyć, ale było ciężko… Wtedy się okazało, że coś mi się w podręcznym wylało na tablet… To krem z filtrem. Potem się okazało, że tacie wylało się tysiąc rzeczy w plecaku. Kurde. Chyba lądowaliśmy za szybko i ciśnienie rozniosło nasze kosmetyki … i tę nieszczęsną rybę w czyimś bagażu. Na czyszczenie plecaków (mniej więcej) straciliśmy około godziny.

Później laska w SkyBusie obierała sobie dredy i rzucała te kudły na podłogę… co się dzieje z tymi ludźmi? Jedni wożą rybę nie wiem po co w bagażu rejsowym, inni wyrywają sobie skołtunione włosy ;)

Była też para hindusów i gość miał resztki pomarańczowego lakieru na paznokciach – snuję teorię, że to jakiś rytuał religijny.

Wiedzieliśmy już też gdzie iść do hoteli niedaleko KL Sentral, więc poszło bardzo szybko. Lało, więc zostawiliśmy tatę na pysznej kawie (pierwsza „normalna” kawa od bardzo dawna) z plecakami i poszliśmy szukać czegoś innego niż YMCA. Daleko nie zaszliśmy gdy trafiliśmy do Hotelu New Winner. Cena była spoko, pokoje były spoko. Poszliśmy jeszcze do końca ulicy, ale nie było już nic lepszego. Tu zostaniemy. Wróciliśmy po tatę i wspólnie podjęliśmy decyzję. Idziemy do New Winner (80RM/2os, 100RM/3os) – kilka metrów od YMCA, na tej samej ulicy. Po szybkiej aklimatyzacji wyszliśmy z hotelu, mieliśmy mało czasu i dużo chcieliśmy zwiedzić.Zajrzeliśmy tylko do pobliskiego sklepu po wodę. Ku zdumieniu spotkaliśmy tam czerwonego jak cegła, naprutego jak Messerschmitt blondasa. 3 sekundy obserwacji wystarczyły, żeby zauważyć, że nie ogarnia rzeczywistości. Podpierał dzielnie lampę. Inaczej chyba nie byłby w stanie utrzymać pionu.
- czy mi się wydaje, czy ten koleś stał, jak szliśmy do hotelu?
- stał stał… to chyba stały klient.

Rozpadało się bardzo, a nasze kupione w Malezji parasolki za 7 RM nie dawały rady tak intensywnego deszczu. Chcieliśmy tam pojechać. Podjechaliśmy kawałek Monorailem i w miejscu potencjalnej przesiadki poszliśmy na nogach.

img_3659

Standardowo światła na przejściu dla pieszych nie zmieniały się. Z tą różnicą, że teraz mieliśmy do przejścia naprawdę duże skrzyżowanie… staliśmy tam chyba z 5 minut patrząc na światła, później przez moment się zainteresowaliśmy tym gdzie jest wieża telewizyjna, a później znowu czekaliśmy 5 min zanim nadarzyła się okazja na przejście. Doszliśmy do centrum cali umoczeni, po drodze jeszcze potknęłam się o coś i wywaliłam, więc byłam cała w wodzie. Stanęliśmy pod dachem jakiegoś ekskluzywnego hotelu i zaczęliśmy robić zdjęcia z zewnątrz. W międzyczasie przewinęła się grupka ludzi, którzy też pstrykali foty.

img_3670 P1060519

przedostaliśmy się do wież petronas i weszliśmy do środka. Kilka pięter w dół i w górę było jeszcze centrum handlowe. Niestety, było już za późno, żeby  wejść na dwie wieże. Sprawdziliśmy jednak, że mamy czas do 19:00, więc będziemy wiedzieć „na przyszłość”. Wróciliśmy taksówką. Można by powiedzieć „tanią jak w Kuala Lumpur” – ale musieliśmy trochę ich zatrzymać, za każdym razem pytając, czy używa taksometru i nie wdawać się w zbytnie dyskusje dlaczego nie. Taksometr to podstawa. Taksówka podwiozła nas na ulicę, na której ostatnio wymienialiśmy dolary bez problemów. Niestety, w tym samym kantorze, zaproponowano nam znacznie niższy kurs za nie. No nie, tak to nie będziemy robić – wolę wypłacić kasę niż wymieniać po jakimś marnym kursie.

Uprzedziliśmy tatę, że ta ulica „salonów masaży stóp” to przykrywka dla prostytucji i – że wiele z nich mają również najistotniejszy atrybut męski. Tata jednak nie mógł uwierzyć, że są transwestytami, niestety próba zrobienia im zdjęć kończyła się dość marnie. Albo agresją, albo zastawianiem się. Nie mamy więc największej ozdoby tamtego miejsca.

Zjedliśmy coś i pojechaliśmy do hotelu. Wygląda na to, że przeszliśmy raptem 4 km za pierwszym razem. Taksówkarz, znając cel podróży skwitował, że „to ulica czerwonych latarni, jeśli wiecie co mam na myśli” – okazało się, że ulica jest teraz bardzo spokojna, bo jest tam mnóstwo tajniaków z policji, ale hotele można wciąż wynająć „na godzinę” bez trudu.

Przyznam Wam szczerze, że zakochałam się w tym mieście. Jest nowoczesne, ale nie tak przytłaczające jak Singapur, w którym wieżowce przysłaniają słońce. Dobrze zagospodarowane przestrzennie i jednocześnie bardzo różnorodne.

Gdy wysiedliśmy, kawałek od hotelu, i szliśmy tą ulicą, w głowie miałam słowa o tajniakach – patrzyłam na twarze przebywających tam osób – „to może być każdy”. I wtedy moim oczom ukazał się podpierający słup latarni pijany blondas. Hmm…

Cameron Highlands

Było wcześnie rano. Obok hotelu unosiły się zapachy hinduskich dań. Zamówiliśmy jakieś dwa placki podobne do naleśnikowych na wynos. Zjedliśmy po drodze w ramach przekąski śniadaniowej. Na KL Sentral poszliśmy prosto do autobusów. Żaden z nich nie jechał do Cameron Highlands. Wjechaliśmy na górę i w informacji dowiedzieliśmy się, że to nie ten dworzec.

Dworce w Azji są bardzo dobrze zorganizowane. Dworce we wschodniej części miasta odjeżdżają na wschód, z zachodniej na zachód i analogicznie w przypadku dworców północnych czy południowych. Biorąc pod uwagę, że sieć komunikacji miejskiej jest dobrze zorganizowana i metrem, kolejką, monorailem itp. jesteś w stanie szybko się przemieścić na drugą część miasta – to naprawdę sprytnie pomyślane, że autobusy nie korkują miasta i… nie stoją w miejskich korkach. Nam jednak wyjątkowo nie była na rękę ta wiadomość, bo już było dość późno i postanowiliśmy złapać taksówkę, żeby się nie motać z przesiadkami.

na KL Sentral można było ewentualnie pojechać pociągiem gdzieś-tam i się przesiąść, więc woleliśmy dojechać do Pudu Sentral oddalonego o 4 km, skąd rano co ok 30 minut odjeżdżały autobusy. Bilet do Cameron Highlands to 35RM.

Dworzec był świetny. Na górze kasy, informacja, bary, sklepy, na dół schodziło się na perony, na których wiadomo było, że stoi ten konkretny autobus w to konkretne miejsce. Siedzenia w Autobusie oczywiście numerowane. Autobus wypas, na szerokość mieściły się 3 (1| przejście| 2) wygodne fotele – znacznie szersze niż te nasze, w rzędzie też było znacznie mniej siedzeń, przez co można było dosłownie wyprostować nogi przed sobą. Bierzemy 3 siedzenia jeden za drugim – żeby każdy siedział przy oknie. 3,5 godziny jazdy, ale jest różnie. Po drodze autobus robi przerwę 15 minut na toaletę i/lub jedzenie.

Droga  do Cameron Highlands wiedzie przez góry… co jest dość oczywiste, bo Cameron Highlands leży w górach. W przewodnikach jest to przedstawiane jako ważna atrakcja Kuala Lumpur… To tak jakby Zakopane było atrakcją Krakowa. Cameron Highlands położone jest ok 200 km od KL.

Na miejscu byliśmy około 13:00, na dworcu od razu łapią nas pracownicy biura podróży – jeden z nich, z prędkością światła przedstawiał nam oferowane atrakcje. Wręczył nam ulotkę i zachęca. Był zdziwiony, że nie zostajemy na noc. No nie zostajemy. Wracamy wieczorem. Inaczej to nie ma sensu. Spojrzeliśmy na autobusy powrotne – ostatni jest o 17:00, więc pytamy, co zdążymy zrobić w te 4 godziny. Gość załamuje ręce i pokazuje, że połowę tego (cztery z ośmiu atrakcji). No to stary… połowa atrakcji za połowę taniej. – Okej, zdążymy wszystkie!

Wiadomo było że nie zdążymy – nic nie wytargowaliśmy. 25RM od łebka. Analizujemy ulotkę i mówimy mu od razu na czym nam zupełnie nie zależy i w związku z tym zostawiamy na koniec.Nie chcemy farmy truskawek, ani Market Square, ani Bee Farm – to są rzeczy, które dobrze znamy;)

P1060583

Tak naprawdę przyjechaliśmy tutaj oglądać plantację i fabrykę herbaty. Jeśli uda nam się zwiedzić coś jeszcze, to to jest tylko miły dodatek. Nasz przyjaciel analizuje w głowie potencjalne drogi i postanawia, że zaczniemy of ogrodów różanych. Ustaliliśmy, że pstryk pstryk i wracamy, zagęszczamy ruchy, bez zbędnych ochów i achów.

Wysadza nas pod wejściem i chociaż ogród odgradza duży mur, widzimy jak się ciągnie za murem… Cholera… jest w górę. Mamy się spieszyć?

Okazało się, że ogród różany tylko tak się nazywa – poza wieloma gatunkami róż jest tutaj również wiele innych kwiatów, o którym się nam, filo-*ekhue*-*ekhue*-zofom nie śniło.

Mimo, że zwiedzających nie było wielu, to cały czas tam się coś działo. Ekipa malowała jakieś figurki, jacyś goście wnosili opony na górę… Na górę prowadziło około 300 małych schodków, każdy taras odsłaniał przed nami nowe, ciekawe rośliny. Nawet nie chcę ich próbować wymieniać. Ze szczytu rozciągała się piękna panorama. Sami zobaczcie.

P1060584 P1060585 P1060590 P1060599 P1060597 DSC01833 P1060611 P1060612 P1060620 P1060622 DSC01850 DSC01852

Było bardzo ładnie, ale … dajcie mi moje drzewka herbaciane! Staraliśmy się być tam tak szybko, jak to tylko możliwe.

Później pędziliśmy przez wąskie serpentyny, góra, dół, góra, dół… były takie momenty, że przejazd dwóch samochodów (w sensie naszym i z naprzeciwka) był sporym wyzwaniem i wymagał długiego ustawiania się i planowania. Raz nawet przygrzmociliśmy w skałkę.

A po drodze widoki plenerowe. Nie byle jakie. To właśnie rozciągające się WSZĘDZIE plantacje herbaty.

DSC01854 DSC01862 DSC01869

Dojechaliśmy na miejsce. BOH’ TEA CENTER.

Ze szczytu widać było widać wszystko – czyli tylko herbatę. :)

Ale zielono! Jeden pasek brązowy – spytałam co to – to świeżo ścięte liście.

P1060664 DSC01888 DSC01882 DSC01885

Nasz kierowco-przewodnik zaprowadził nas do środka fabryki. Można było poczekać na ich wewnętrznego przewodnika, ale poszliśmy sami. Szło się dość wąskim korytarzem, a na tablicach były opisane kolejne etapy produkcji. Od wejścia poczułam zapach pysznej herbaty.

ETAP 1: Tea Maker’s Office

Najpierw zobaczyliśmy pokój, w którym stał gość i coś skrupulatnie notował. Obok w przegródkach były wyłożone listki herbaciane, a pod oknem czajniki i rząd filiżanek… naprawdę spory rząd. To pomieszczenie, w którym bada się jakość i dobiera mieszanki. On nadzoruje proces produkcji.

DSC01872 P1060640 P1060641

ETAP 2: Rolling

In the deep? Nie, tak zwane walcowanie polega na rozgnieceniu listków, aby zaczęły wypuszczać sok.

P1060642 P1060643

Etap 3: Fermentacja

Fermentacja, lub może raczej utlenianie trwa od 1,5 – 2 godzin, z czego nie obejmuje białej ani zielonej herbaty. Przy białej gotuje się listki przed wysuszeniem, przy zielonej – po prostu się suszy, proces fermentacji czerwonej herbaty trwa zwykle ok 1,5 godziny, czarnej 2 godziny.

Podobno czerwona/czarna herbata powstały przez przypadek – Chińczycy transportowali do Europy herbatę i wilgotne listki przez przypadek się… popsuły. Chińczycy i tak wcisnęli nam kit, a czarna herbata stała się u nas wykwintnym trunkiem. Fabryka w której byliśmy produkowała wyłącznie czarną herbatę. Zaspokajała potrzeby lokalne – Malezję i Indonezję. Dziennie produkuje się tutaj ok 800 000 filiżanek herbaty. W międzyczasie doszedł pracownik BOH (przewodnik), który opowiadał grupie co i jak. Dołączyliśmy.

P1060645 P1060646

Etap 4: Suszenie

Po (ściśle sprawdzanym) etapie utleniania listki się suszą w temperaturze 100 stopni Celsjusza. To pewnie stąd ten zapach. Suszenie listków trwa około 20 minut.

Etap 5: Sortowanie

Wiadomo, że im drobniejsze kawałki herbaty, tym uznawana jest ona za gorszej jakości gatunek.
Wysuszone listki przechodzą przez maszynkę z sitem o różnej wielkości dziurek – na górze zostają największe listki, później nieco gorsze, nieco gorsze… a te „okruszki” lądują w ekspresowych torebkach.

Później herbata jest pakowana w worki i wysyłana do Kuala Lumpur, gdzie oddzielna fabryka pakuje i zajmuje się dystrybucją.

P1060649

Zachwyceni tym procesem i unoszącym się zapachem idziemy do sklepu… z zakupów niewiele już zostało, ale nadal, gdy ją piję czuję zapach tamtego miejsca.

P1060656

Mieliśmy później skoczyć na herbatkę, ale nie mieliśmy już czasu… przed nami jeszcze dwa punkty wycieczki.

Farma Motyli – znowu okazała się farmą nie-tylko-motyli. Ale było tam jedno pomieszczenie z kwiatami otoczone siatką, w której ROIŁO się od motyli.

DSC01894 P1060693 P1060694 DSC01904

W dalszej części było naprawdę wiele ciekawych insektów, zazwyczaj pochowanych w akwariach, ale na dobrą sprawę mogliśmy zaryzykować wyłowienia skorpiona bo nie był zamknięty – podziękuję!:)

P1060700 P1060701

ciekawy był robaczek nazywany „manface” (widzicie?):

P1060709

Był też taki, który wyglądał jak wyschnięta nieco orchidea:

DSC01910

W dalszej części podziwialiśmy różne gady i płazy – żaby, kameleony, węże itp.

P1060714 P1060723 DSC01918

Spojrzeliśmy na zegarek. Mamy niewiele czasu i jesteśmy głodni. W te pędy pojechaliśmy do jakiejś świątyni naj- nie pamiętam czy najstarszej w tej części, czy największej w tej części. Świątynia jak świątynia. To, co nam się rzuciło w oczy to samochody – stare graty, nie to co u nas pod „świątynią”. Było też wiele różnych miejsc/ołtarzyków, do których warto było podejść. Część z nich okazała się urnami (świadczą o tym zdjęcia … jak mniemam zmarłych). W świątyni były też pięknie przyozdobione drzewka cytrusowe i pięknie poukładane bambusy. W sercu świątyni kilku mnichów śpiewało coś na wzór mantry.

DSC01925 P1060747 P1060749

Teraz na obiad – kierowca polecił nam hinduską knajpę. Rany, nigdy więcej indyjskiego żarcia, przecież to jest tak pikantne, że się nie da! Mieliśmy już lekkiego stresa, bo było bardzo późno – jedźmy już! Na dworcu byliśmy 2 minuty po czasie…

… na szczęście nasz ostatni autobus czekał.
Droga wieczorem trwała znacznie dłużej. na postoju kupiliśmy sobie kubeczki z gotowaną kukurydzą. Większość drogi grałam w coś albo kimałam, tata całą drogę przespał. Paweł – jak zwykle – oglądał co za oknem. Przez korki byliśmy w Kuala Lumpur bardzo późno. Mieliśmy cały czas nadzieję, że uda nam się dotrzeć i zahaczyć jeszcze o wycieczkę nad rzekę świetlików. No bo… kiedy ostatnio widzieliście świetlika? W Polsce już ich prawie nie ma – szukałam długo i znalazłam jedną wioskę pod Zieloną Górą… ciekawe.

Niestety rozpadało się, a to oznacza totalny brak świetlików na rzece. Chowają się na deszcz. Pozostało nam więc dopytać na dworcu skąd możemy jutro jechać do Melaki (żeby nie tracić na to czasu rano) i wrócić do hotelu – w lekkim pośpiechu, bo było już bardzo późno, a rano trzeba wstać. Jedno można powiedzieć. Ten dzień zaliczam do bardzo udanych.

 

Melaka

Dawno, dawno temu, nim rozwinęło się Kuala Lumpur czy Penang (które jest teraz nazywane „perłą orientu” – nie widzieliśmy to się nie wypowiemy ;) ). Melaka była jednym z największych portów handlowych Południowo-Wschodniej Azji. Z czasem Melaka oddała ten tytuł Singapurowi i stała się sennym zaściankiem. Dzięki temu dziś jest raczej miastem zatrzymanym w czasie, przez co możemy tutaj poczuć się naprawdę szczególnie. Nie obiecywałam sobie zbyt wiele po Melace, bo to miasto kolonialne wpisane na listę dziedzictwa Unesco podobnie jak Coro, które nie robiło na nas żadnego wrażenia.

Trzeba jednak przyznać, że w Melace było coś wyjątkowego, przez co bardzo nam się tam podobało. Począwszy od dziwnego, małego, wypchanego po brzegi autobusu, który nas zawiózł do „centrum”, przez uliczki, które mijaliśmy, skończywszy na zaniedbanym, chińskim cmentarzu.

Myślę, że gdybyśmy mieli tu więcej czasu i mogli zostać na noc, z pewnością zajrzelibyśmy do muzeum dziedzictwa narodowego Baba-Nyonya i spróbowali tej kuchni. My zaś pędziliśmy na złamanie karku, bo jeszcze tyle planów na dziś i jutro…

Zacznijmy jednak od początku. Wysiedliśmy przy jakimś rondzie i to było centrum. Stały tam tabuny trishaw, czyli rowerowe riksze. Każda z nich wyglądała oczywiście wyjątkowo… tandetnie. Nie mieliśmy czasu i głowy targować cen, ale jeśli będziecie mieć okazję – przejedźcie się nią.

P1060752

Obok był ZABYTKOWY anglikański kościół z 1753r. Weszliśmy do środka a tam poza znaczkami „NO PHOTO” nie było dosłownie nic. Spytaliśmy dlaczego nie wolno robić zdjęć? Nie wolno – ale można kupić DVD ze zdjęciami. Serio? To tutaj można zrobić aż tyle zdjęć, żeby wypalać to na DVD? Podziękowaliśmy i wyszliśmy. Ale w kwestii dowodowej użyliśmy zooma :) – anglikańskiego kościoła NIE POLECAMY.

P1060755 P1060756 P1060759

Poszliśmy dalej, wzdłuż rzeki i podziwialiśmy zabytkowe budynki. Weszliśmy wgłąb „miasta”, które zaczynało tętnić życiem. Trochę się posprzeczaliśmy, bo każdy chciał zobaczyć co innego i musieliśmy wprowadzić mały kompromis. Na szczęście skończyło się bez rękoczynów – każdy powiedział co chce tutaj zobaczyć i ustaliliśmy priorytety.

DSC01938 P1060768

Idąc tak mijaliśmy naprawdę stare budynki, piękne zdobione (nie tak jak kościół anglikański ;) ) stare świątynie i … Jonkers street, na którym wieczorami, z tego co przeczytaliśmy, był targ. Zakładam, że warto tam zajrzeć, jeśli macie więcej czasu.

DSC01940 P1060773 P1060774 P1060777 P1060787 P1060791 P1060794

Później wróciliśmy nad rzekę, gdzie widzieliśmy stary młyn i mury, które pamiętają czasy swoich najeźdźców – Duńczyków i Portugalczyków. Wiek budynków i murów potwierdzały stare, ogromne drzewa z szeroko rozpostartymi korzeniami.

DSC01961 P1060831 P1060835

Szliśmy w górę, gdzie znajdowały się ruiny kościoła świętego Pawła. W środku oparte były stare płyty nagrobne. Stare mury wysmarowane sprayem dowodzą, że każdy wstęp powinien być płatny. Choćby symbolicznie i na pokrycie osoby, która zbiera kasę i będzie pilnować zabytku. Na zewnątrz resztki Duńskiego cmentarza. Niżej równie zniszczone Porta de Santiago (brama świętego Jakuba) część cytadeli, murów nazywanych A Famosa i dowód na podbój Melaki przez Portugalczyków w 1511 roku.

P1060840 P1060845 P1060844 P1060846 DSC01971 P1060854

Wzięliśmy taksówkę i pognaliśmy w stronę cmentarza Chińskiego. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na starszego Pana, który okazał się również świetnym przewodnikiem.
- Jestem Baba-Nonya – zaczął. Baba-Nonya, Straits Chineese – Chińczycy znad cieśniny. Chińczycy masowo napływali do Malezji i często żenili się z Malajkami. Te rodziny były właśnie nazywane Baba Nyonya. Opowiadał nam o Melace, opowiadał nam o chińskim cmentarzu. Jest to największy – poza Chinami chiński cmentarz. To ulubione miejsce do biegania i spacerowania. Na pytanie dlaczego cmentarz jest zaniedbany, dlaczego na grobach leżą śmieci odpowiedział – bo tu już nie ma się czego bać, od dawna nie było tu żadnego nowego grobu. Próbowaliśmy więc ustalić od kiedy nie trzeba się już „bać” duchów przodków, ale długo nie mogliśmy dojść do żadnej konkretnej liczby. Za to śmiał się z naszych pytań. W końcu powiedział, że po pięciu latach – trudno powiedzieć, czy to miała być prawda, czy chciał mieć ten temat za sobą.

Później rozmawialiśmy trochę o Polsce i mówiliśmy, że u nas jest teraz -14 stopni, więc ciężko nam było się przyzwyczaić do upałów. Spytał, jak tam wytrzymujemy i czy serio da się żyć w takim zimnie. Opowiadał nam, że był raz w Japonii (gdzie przecież jest znacznie cieplej!), dawno temu i bardzo mu usta pierzchły od zimna (wątpię, by znał to słowo – opowiedział, że były suche i bolały). On nie wie jak można żyć w miejscu, gdzie usta tak szczypią i nie pomagają żadne kremy. Rzeczywiście, po powrocie do kraju też to poczuliśmy.

DSC01978 DSC01980 P1060873 DSC01984

To już był koniec czasu w Melace. Spieszyliśmy się na autobus, bo nie było wiadomo do końca kiedy jest ostatni. Nie mogliśmy spróbować polecanej kuchni Baba-Nonya. Wzięliśmy jakieś cheeseburgery i frytki i jedliśmy je przy autobusie, żeby nam przypadkiem nie odjechał. Oprócz tego mieliśmy nadzieję, że wieczorem uda nam się wreszcie zdążyć na Sky Bridge – jest do 19:00.

Wróciliśmy do Kuala Lumpur. Zanim dojechaliśmy z dworca do centrum, minęło trochę czasu, ale udało nam się – za kwadrans siódma. Mamy 15 minut.
- przepraszamy, ale kasy są już nieczynne – przywitała nas Pani – zapraszamy jutro!
- ale jak to nieczynne, przecież jest napisane, że do 19:00!
- do 19 jest wejście, kasy są do 18.

Kurde, czemu nikt tego nie napisał? Mieliśmy pecha do tych dwóch wież. Błagaliśmy, prosiliśmy, mówiliśmy, że jutro wracamy do Europy (noooot!) nic nie pomagało. W końcu dostaliśmy wskazówkę, żeby jechać do Menara Tower, skąd widać panoramę i jest czynna do 21:00. No dobra. Pojedziemy. Zajrzeliśmy jeszcze do centrum handlowego, zamówiliśmy mrożoną herbatkę w Starbucksie i wyszliśmy obejrzeć widoki po drugiej stronie wież. Wow… tam to były widoki. Deszczowe chmury oplatały czubki wież dając niesamowite wrażenie. Nie. To nie są zdjęcia przerobione w photoshopie. :)

P1060886 img_3707 P1060892 P1060895

Niestety znów się rozpadało, więc pojechaliśmy tam taksówką. Taksówka miała 5 minut na terenie Menary (to wieża telewizyjna), żeby odstawić turystów i wrócić. Gdy doszliśmy do kas okazało się, że wjazd na górę jest z różnymi opcjami innych atrakcji – nigdy nie sam.
- Ale nawiasem mówiąc… nie rekomenduję Wam dzisiaj tam wjeżdżać. Jest taki deszcz, że nic nie zobaczycie. – Odpowiedział w końcu.

P1060899 P1060900 P1060901

Wyszliśmy na zewnątrz i spojrzałam w górę – faktycznie ledwo ją widać, a jest dobrze oświetlona. Może spróbujemy jutro rano. Łapanie transportu stamtąd nie należało do łatwiejszych. Tu też istniała jakaś absurdalna reguła „karnetowa” dla taksi, za to zauważyliśmy shuttle bus. Doskonale! Jedziemy shuttle busem i zobaczymy gdzie wysiądziemy. Byliśmy nieco zaskoczeni, gdy okazało się, że bus nas wysadził na dole górki. Tam już, jak sępy stali taksówkarze. My jednak mieliśmy plan zajrzeć do TGI Friday’s (uwierzycie? Normalne jedzenie!), które zauważyliśmy w tamtą stronę niedaleko, więc wzięliśmy tych drogich sępów-taksówkarzy i pojechaliśmy do knajpy. Jedzenie było zupełnie inne niż w naszym Fridays, a zupa cebulowa śmierdziała … starym cepem. Głodna wróciłam do domu… eee… hotelu! Wciąż padało.

Batu Caves

Dziś jest nasz ostatni dzień w Kuala Lumpur. Chcemy zobaczyć Batu Caves. Taksówkarz wczoraj wieczorem ostrzegał nas jednak, że nie dojedziemy tam w żaden sposób w sobotę (autobusem wcale, a pociągi nie jeżdżą w weekendy). Podał też dokładny swój cennik. Ależ owszem, jadą! Pociągi z KL Sentral pod którym mieszkamy. Co pół godziny i kosztują 1RM/os. Taksówka 35RM w jedną stronę.

To jaskinie na obrzeżach Kuala Lumpur (a może już poza nim?) w których znajdują się świątynie Hindi. Podobnie jak na Bali, ludzie tutaj zanosili jedzenie by je poświęcić. Tutaj też w najważniejsze święta w roku działy się czary. Dziś jednak był zwykły dzień i zwykłe tłumy ludzi przemierzały ponad 300 stromych schodów, by na szczycie poświęcić jedzenie. Całemu temu zgromadzeniu towarzyszyły makaki, które w chwilach nieuwagi – jak to makaki – podkradały dary.

Szliśmy powoli, bo wiedzieliśmy, że długa droga przed nami. Im wyżej, tym robiło się też bardziej ślisko i wilgotno, co potęgowało uczucie zmęczenia. Gdy doszliśmy na górę byliśmy jak po prysznicu. Paweł spojrzał na jednego Azjatę, którego stan nawilżenia koszulki był … duży :)
- popatrz. To chyba jedyny gość, który spocił się bardziej niż my. – wyjąkał zdyszany. Popijaliśmy kupioną na górze wodę. W powrotnej drodze ten sam starszy Pan uśmiechnął się do nas i pomachał – my w dół, a on PO RAZ KOLEJNY w górę. I to truchtem.

Mimo wszystko warto. Dla tych widoków i dla tych jaskiń i dla tego… klimatu. Wracaliśmy oczywiście również pociągiem. Dojazd trwał mniej więcej 40 minut. Mieliśmy jeszcze nadzieję na panoramę KL. O 14:00 lecimy.

img_3712 P1060907 P1060910 P1060918 P1060930 P1060923 DSC01991 DSC01995 P1060953 P1060956 DSC02000 DSC02004

Menara Tower

Dotarliśmy do Menary ok 12:00. Taras widokowy znajduje się na wysokości 250 metrów – wyżej niż Sky Bridge. Przez lunetę widzieliśmy nawet Batu Caves. Fajnie było popatrzeć jak ogromne i dobrze rozbudowane jest to miasto, chociaż Paweł uznał, że nie warto. Ja cieszyłam się, że nam się udało. Gdybyśmy dzisiaj nie zobaczyli panoramy miasta, próbując chyba 4 albo 5 razy (licząc próby z Petronas Tower), byłabym naprawdę zawiedziona.

P1060983 P1060990 P1060991 P1060993 P1060996 P1070002

Później – jak zwykle biegiem – wróciliśmy do hotelu po plecaki, które czekały na nas spakowane przy recepcji (oczywiście to my je spakowaliśmy dzisiaj rano). Wiedzieliśmy, że mamy bardzo mało czasu. BARDZO mało. Szybkim krokiem przeszliśmy do KL Sentral, złapaliśmy pierwszy bus, który jechał na lotnisko Low costów… były korki, więc całą drogę się stresowaliśmy. Na miejscu też pobiegliśmy szybkim krokiem i … wtedy okazało się, że Paweł z tego pośpiechu zapomniał z autokaru plecaka z aparatem, kasą, dokumentami… Nim się zdążyłam obejrzeć Paweł już biegł w stronę autobusu. Najgorsze by było, gdyby zdążył odjechać. Na szczęście nie zdążył i nikt nie zauważył plecaka leżącego na górnej półce, więc po chwili odetchnęliśmy z ulgą.

To nie zmienia jednak faktu, że nadal SPIESZYMY się na lot. Za chwilę te „wariactwa” się skończą. Czas na 3 dni pełnego relaksu.

Azja 2012: KL i okolice

powrót do Kuala Lumpur. Petronas Towers, Batu Caves, Cameroon Highlands, Melakka

360 Zdjęcia

Zostaw komentarz