Barcelona

Wielu naszych znajomych – niezależnie – na wieść o naszych planach barcelonowych entuzjastycznie podkreślała, jak bardzo kocha to miasto. Od razu poczułam, że to bardzo stresujące, pisać o miejscu, o którym każdy ma już dobrze wyrobione zdanie. Spotkaliśmy się też z głosami, że 3 dni to za mało, żeby wszystko zobaczyć, ale trochę nie chciało nam się wierzyć. 3 dni na jedno miasto to w sam raz.

Ja pamiętam, że byłam tu dawno, dawno temu. Pojechaliśmy pierwszy raz do Hiszpanii i zepsuł się nam samochód. W ostatni dzień, kiedy wrócił z serwisu pojechaliśmy właśnie do Barcelony. W okrutnych korkach trafiliśmy na jakieś super fontanny…. Jakie fontanny??


Stolica Katalonii – Barcelona, to chyba jedno z bardziej charakterystycznych miast Hiszpanii. Jej mieszkańcy posługują się językiem katalońskim (podobnym do hiszpańskiego z elementami włoskiego i hiszpańskiego). Katalończycy walczą o autonomię i nie czują przynależności do Hiszpanii. W miejscach publicznych wszystkie komunikaty są napisane w trzech językach: katalońskim, hiszpańskim i angielskim.

Szczerze mówiąc byłam wściekła. Nie mamy szczęścia do pogody w weekend majowy, więc ustaliliśmy, że w ten weekend jedziemy do Hiszpanii, żeby mieć dobrą pogodę na pewno. I co? w Polsce upały 28-31 stopni, w Katalonii 19-21. To jakiś żart?! Humor poprawił mi się dopiero, gdy na przystanku w Gironie Magda albo Łukasz rzucili magiczne słowo klucz. Sangria.

Gdy dojeżdżaliśmy wieczorem z Girony, w Barcelonie lało. Mieliśmy nocleg w Melon District. To akademik, ale z przytupem. No i stanowi świetny kąsek dla osób, którym bardziej zależy na dobrym połączeniu komunikacyjnym i cenie, niż na metrażu. Pokój 2 osobowy za 70 EUR za noc to najtańsza opcja z łazienką w tym okresie. Mimo, ze poza łóżkiem ciężko było zmieścić cokolwiek więcej, to naprawdę dobry pokój, z dostępem do kuchni i basenu na dachu budynku.

Daliśmy sobie chwilkę na odświeżenie i postanowiliśmy zejść do hotelowej (akademikowej?) restauracji zjeść kolację. Gdy byliśmy na dole okazało się, że już jest zamknięta. Nadal lało, ale dostaliśmy cynk, gdzie w pobliżu będzie jeszcze coś otwarte. Rzeczywiście. Było już po 23:00. Do Tapas chciałam napić się sangrii. Mieli coś podobnego, mniej słodszego, więc wzięłam. ;) Wzięłabym wszystko, co kelner nazwałby „podobne do Sangrii”.

Zasiedzieliśmy się tam dość długo, więc nie umawialiśmy się rano na śniadanie. Koniec końców udało nam się spotkać w czwórkę koło 14:00, w okolicach Plaça de Catalunya. My jedliśmy akurat „śniadanie”, a Łukasz z Magdą wracali ze spaceru.

Plaça de Catalunya

p1070681

p1070687

To plac Barcelony, którego największą zaletą jest to, że można stąd szybko przemieścić się do wszystkich ważnych miejsc w Barcelonie. I to, teoretycznie, ostatnia zaleta. Sam plac jest taki sobie… ale mi się podobał. Na środku placu jest fontanna i wejście do metra. Po drugiej stronie „odwrócone” schody z napisem Catalunya A Francesc Macià. To pomnik na cześć rewolucjonisty, walczącego o niezależność Katalonii.

La Rambla i Barri Gòtic

Ruszamy w stronę La Rambla. Gdy tylko wchodzimy na deptak zaczynamy zakochiwać się w Barcelonie. Ta ulica tętni życiem. I nie chodzi tutaj o zwykłe „przechadzanie się” mas ludzi w dwie strony. Zastanawiam się też ilu jest tutaj turystów, bo co chwilę ktoś przystaje robić zdjęcia. Co jakiś czas stoją tutaj figury z brązu – to oczywiście mimowie. La Rambla to najważniejsza ulica dzielnicy gotyckiej (Barri Gòtic). Całkiem spore widowisko było też obok kolesia z kulką i trzema pojemniczkami. No no… uliczny hazard. Ostrożnie podeszliśmy, ale ściskałam torebkę najmocniej jak się da. Albo byli słabi, albo my naoglądaliśmy się za dużo Prawdziwych Przekrętów (The Real Hustle). Naszemu spacerowi nieustannie towarzyszył dźwięk wkurzających „piszczałek”.

p1070701

p1070707

p1070711
p1070718

Po ok 10 minutach zdecydowaliśmy, że czas zgubić się w tych drobnych uliczkach i zboczyliśmy z głównej trasy. Później postanowiliśmy także, że będzie nam o wiele łatwiej zwiedzać parami.

Znaleźliśmy między innymi azjatycką restaurację z machającym do nas złotym kotem na ladzie i salon fryzjerski stylizowany stary. Czad! ;)

p1070775

p1070777

Spotkaliśmy po drodze również jakąś turystkę z mapką z pozaznaczanymi rzeczami, która uważnie czegoś szukała i dokładnie szła wyznaczoną przez siebie trasą. Postanowiliśmy za nią pójść, ale później zgubiliśmy ją robiąc zdjęcia. Trafiliśmy w trochę mniej wystawną część Barcelony. Wróciliśmy przypadkiem na drugi koniec La Rambla, gdzie tłumy właziły na wielki pomnik. Wyglądał jak warszawska kolumna Zygmunta. To pomnik Krzysztofa Kolumba. W ten sposób doszliśmy do Portu.

p1070790

p1070795

p1070801

p1070814

Port

Port podobnie jak La Rambla był wypełniony ludźmi. Z tą różnicą, że tutaj owi ludzie spędzali czas w pozycji horyzontalnej… albo chociaż siedzącej. Na turkusowym morzu zacumowanych było tysiące małych jachcików. Na jednym z nich nawet dopatrzyliśmy się wiszącego prania i pomyśleliśmy, że to też fajny sposób na zwiedzanie. Postanowiliśmy dołączyć do siedzących i gapiliśmy się, jak jakiś dzieciak karmi ryby chlebem. Był stąd też dobry widok na kolejkę linową. Wiedzieliśmy, że chcemy się dostać tam na górę, ale nie wiedzieliśmy skąd. Ta kolejka jakoś tak dziwnie prowadziła. Po chwili dołączyli do nas Magda i Łukasz i postanowiliśmy, że na górę wybierzemy się razem. To miało być Żydowskie Wzgórze (Montjuïc).

p1070718

p1070838

p1070844

p1070845

p1070857

Montjuïc

Dowiedzieliśmy się, że kolejka tam nie dojeżdża i że najlepiej dojechać tam metrem a później przesiąść na Funicular (kolejkę linowo-terenową). I dopiero z połowy wzgórza jedzie się kolejką linową. Okazało się jednak wtedy, że znacznie taniej wychodzi autobus (szczególnie, jak się ma bilet na 3 dni :) ). Po drodze na górę, z autobusu oglądaliśmy centrum olimpijskie. Wiedzieliśmy jednak, że nie ma czasu oglądać wszystkiego. Na szczycie był zamek (Muzeum Wojskowe) z super widokami. Spędziliśmy tam około godziny obserwując panoramę Barcelony z każdej możliwej strony. Można tam pewnie spędzić cały dzień, bo cała góra pokryta jest parkiem z różnymi atrakcjami.

p1070884


p1070893

p1070904

p1070937

p1070940

Plaça d’Espanya

W powrotnej drodze wysiedliśmy na Plaça d’Espanya, skąd mieliśmy w jakiś łatwy sposób dostać się gdzieś dalej. I wtedy zobaczyliśmy, że można wjechać na górę jakiejś „Arena” (a ściślej mówiąc Arenas de Barcelona). Postanowiliśmy spróbować. Wjazd kosztował nas Eurasa od osoby, więc nie tak źle. Pamiętajcie, by nie wyrzucać biletu, bo sprawdzają go też w drodze powrotnej (WTF!). Z góry było widać wiele ciekawych rzeczy, takich jak: Sagrada Familia, Tibidabo, które nas mocno zainteresowało, bo był tam jakiś bardzo duży kościół na szczycie. Można było także zobaczyć jedną z wizytówek Barcelony – rzeźbę Kobieta i Ptak (Dona i Ocell), Joana Miró, który znajduje się w parku jego imienia. Po drugiej stronie Fuenta Magica, Tańczące fontanny Barcelony – to prawdopodobnie je widziałam będąc tutaj kilkanaście lat temu.

p1070964

p1070975

p1070982

p1080009

Zjedliśmy tam też obiad (a może kolację?), oczywiście zaprawiany Sangrią. A później daliśmy się znów ponieść temu miastu i jakoś trafiliśmy w końcu na La Ramblę, gdzie po kolejnych przystankach Sangriowych wzięliśmy taksówkę z Placu Katalońskiego i wróciliśmy do hotelu.

Sagrada Familia

W drugi dzień mieliśmy plany już od rana. Umówiliśmy się około 10:00. W windzie minęliśmy parę, chyba z Niemiec i on powiedział nam, żebyśmy uważali w restauracji, bo on właśnie w ten sposób stracił wczoraj portfel razem z paszportem i ze wszystkim. Od razu przyszło mi do głowy, że dobrze się stało, że zamknęli nam to „przed nosem”. Szliśmy spacerkiem do Sagrada Familia. Łatwo to było namierzyć, bo ponad szpiczastymi kolumnami unosiły się dźwigi. Po drodze oglądaliśmy piękną Barcelonę.

Plan był taki, że zaczynamy od śniadania w restauracji tuż obok świątyni – Magda i Łukasz byli już tu wczoraj i polecali to miejsce. Dania rzeczywiście były smaczne, widok prawdziwie ekskluzywny, ale z dodatkiem cappuccino i kilku Sangrii mieliśmy rachunek na 400zł… za śniadanie. (później już uznaliśmy to za normę i postanowiliśmy nie psuć sobie wyjazdu takimi „detalami”).

Sagrada Familia, a raczej Temple Expiatori de la Sagrada Família czyli Świątynia Pokutna Świętej Rodziny, uznawana jest za największe osiągnięcie Gaudiego. A architekt Gaudi, tak ukochany przez Barcelończyków maczał swoje artystyczne łapki chyba w całej Barcelonie. Sagrada Familia jest chyba najdłużej budowanym kościołem na świecie. Prace nad tym budynkiem rozpoczęto w 1882 roku. Rok później architektem świątyni został Gaudi. Zmieniał zdanie przynajmniej trzy razy: pierwsza wersja (neogotycka) powstała w 1883 roku, druga (paraboliczna) w 1898 roku, a trzecia (hiperboliczna) około roku 1915 W 1926 roku Gaudi zginął w wypadku (wpadając pod omnibus). Wiele projektów zostało spalonych podczas hiszpańskiej wojny domowej (1936-1939). Gaudi miał plan, aby Świątynia wyglądała jak jeden organizm. Inspirowana naturą, Sagrada Familia miała zadziwiać różnorodnością detali. To jednak sprawiło, że odwzorowanie oryginalnych projektów i ich stworzenie zajęło już 129 lat, a ukończenie świątyni planowane jest na 2026 rok, dokładnie 100 lat od śmierci mistrza.

Ciekawie to wygląda, gdy się obserwuje ten budynek z bliska. niektóre elementy są już bardzo stare i mury pociemniały, a do nich „przytwierdzone” są zupełnie nowe części. Na szczycie nowych wież widać kolorowe owoce. Zapłaciliśmy rachunek i poszliśmy naokoło budowli. I wtedy okazało się, że jestem jedyną osobą, która chciałaby wejść do środka. I wtedy, podchodząc do wejścia okazało się, że tutaj tylko grupy. Na „tyłach” Sagrady było widać końcówkę kolejki do wejścia. Byłam gotowa zrezygnować. Przecież nie mamy tyle czasu. Szliśmy dzielnie wzdłuż kolejki i patrząc gdzie ma swój koniec. No niestety. Koniec ma równo z przodu budynku. I wtedy zobaczyliśmy z przodu drugie wejście z napisem „tickets online”.
- przepraszam, co to są tickets online? – zapytaliśmy podchodząc do pustego okienka.
- to są bilety kupione przez Internet. Możecie iść do kafejki internetowej 100 metrów stąd – o tam – kupić i wtedy wchodzicie bez kolejki. – Nie mogliśmy uwierzyć, bo kafejka nie była w ogóle oblegana. Wprawdzie komputery były totalnym szmelcem, ale warto było dopłacić €1 za ok 1,5-2h. Szczególnie, że i tak musieliśmy się odprawić i wydrukować bilety. Cena biletu online była taka sama. Z niedowierzaniem patrzyliśmy na stojący w kolejce tłum. Nawet rozważaliśmy, czy nie wydrukować więcej biletów i sprzedać ;) pewnie gdybyśmy siedzieli w Barcelonie tydzień, to byłby dobry deal. Prawie tak dobry jak odprawa na lotnisku na Bali bez kolejki, którą nam proponował jeden ze strażników.

Magda i Łukasz postanowili na nas poczekać, my weszliśmy do środka. Czy warto było? Gdybym miała stać 2 godziny w kolejce to chyba nie, ale biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności uważam, że warto. Środek jest niesamowity. Pod głównym ołtarzem widać w oknach, że na dole jest druga, tej samej wielkości co górna nawa. Niestety odbywało się tam jakieś prywatne nabożeństwo więc nas nie wpuścili. Podobnie na wieżę nie można było dziś wjechać. Mimo wszystko było co oglądać – również poza samym „produktem” – było coś w stylu muzeum, w którym można było zobaczyć źródła jego inspiracji.

p1080116

p1080140 p1080141

p1080147

p1080151

p1080165

p1080168

p1080185

p1080192

p1080195

p1080207

p1080235

p1080241

p1080242 p1080251

p1080259

p1080271 p1080274

p1080276

p1080280

Tibidabo

Później wsiedliśmy w metro i dojechaliśmy do jakiegoś miejsca, skąd mieliśmy wsiąść w stary trolejbus jadący w górę. Kolejka była nieziemska i zapakowani tam ludzie przypominali sardynki. Zapytaliśmy o alternatywny transport i zdecydowaliśmy się na autobus. Później się okazało, że to właściwie nie jest daleko, więc na dobrą sprawę można ten odcinek przejść (tyle, że pod górkę). Dojechaliśmy znowu do stacji kolejki (funicular), którą wjeżdżało się na samą górę.

Tibidabo to szczyt o wysokości 512 metrów, najwyższy szczyt gór Collserola i tym samym najwyższe wzniesienie Barcelony. Na górze był wspomniany przez nas wcześniej kościół katolicki, który jest widoczny z niemal każdego miejsca w Barcelonie. W tej właśnie chwili straciliśmy nim zainteresowanie (na pewno nie będziemy go zwiedzać w środku). Dla ciekawskich – kościół nazywa się Temple Expiatori del Sagrat Cor, czyli kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa. Naszą uwagę przykuło natomiast wesołe miasteczko. Jest to najstarszy park rozrywki w Barcelonie, a niektóre działające tam kolejki są z początków XX wieku. Możecie też zobaczyć ten park oczami Woodego Allena w filmie Vicky Cristina Barcelona.

Zrobiliśmy szybkie rozeznanie i uznaliśmy, że szkoda kasy i czasu na wszystko. Szczególnie, że zaczęło padać, a co to za zabawa bez aparatów :-) Kupiliśmy bilety wstępu i poszliśmy najpierw na najwyższą kolejkę – to taki balkonik na ogromnym wysięgniku. Akurat przestało padać gdy przyszła nasza kolej. Kolejka była tak wysoko, że było stąd widać chyba całą Barcelonę. No i byliśmy wtedy na wysokości najwyższych wież kościoła.

p1080311
p1080312

p1080322

p1080344

p1080348

p1080354

p1080399

Czas na Muzeum Robotów i Automatów (Museu d’Automats). Znów można przenieść się w czasie i zobaczyć ruchome marionetki. Aby je ożywić naciskało się zielony guzik. Nie było to jednak takie proste, bo guzik palił się na zielono co pewien czas. Tak, jakby maszyna była zabezpieczona na wypadek przegrzania. Musieliśmy się wykazać dużym refleksem, żeby zdążyć wszystko zobaczyć, bo szalone dzieci biegały i klikały zielone guziczki, gdy tylko te zaczynały się świecić, nie czekając na nas, starych zgredów. Byliśmy tam znacznie za długo.

W powrotnej drodze zwróciliśmy uwagę, że w kolejce siedzi ten sam gość, który jechał z nami w tamtą stronę i chyba nie była to jego pierwsza przejażdżka dzisiaj. Zagadywał maszynistę, który był już wyraźnie znudzony jego pytaniami. Chcieliśmy jeszcze zdążyć do Park Guell, na który czekałam cały dzień.

p1080417

p1080450

p1080455

p1080474

p1080486

Park Güell

Kierowca autobusu dał nam ścisłe instrukcje. Wysiedliśmy i … zobaczyliśmy sklep z żelkami. Tego nie można przegapić :-) Później szliśmy według mapy, która jednak zdawała się nie uwzględniać wzniesień – znów w górę, i w dół, w górę, i w dół… w końcu po schodach, po ruchomych schodach, znów po schodach. Jesteśmy na miejscu!

p1080496

p1080509 p1080515 p1080521

p1080535

p1080547

To również dzieło Antonio Gaudiego na życzenie przyjaciela, Eusebio Güella, który zachwycony angielskimi „ogrodami-miastami” sfinansował projekt. Chciał tu zrobić osiedle dla bogatej burżuazji. Prace trwały przez 14 lat, jednak Gaudi nigdy nie ukończył tego projektu. Później władze Barcelony wykupiły ten teren i przekształciły go w park miejski. Park Guell jest wielopoziomowym, dwudziesto hektarowym parkiem z elementami architektonicznymi. Najbardziej charakterystyczny punkt parku to jego brama razem z dwoma przystającymi pawilonami, schody oraz plac opleciony falistą, bardzo długą ławką (nazywany przez autora teatrem greckim), pod którym znajduje się Sala Kolumnowa (86 kolumn). W sali kolumnowej miał znajdować się targ. Znajduje się tam też Muzeum Gaudiego (w dawnym jego domu – nim przeprowadził się w okolice Sagrada Familia). Niestety nie udało nam się tam dotrzeć.

Byliśmy tak bardzo zachwyceni jak zmęczeni. W parku wypiliśmy okropną Sangrię i pognaliśmy w stronę hotelu. Rano wylatujemy na Ibizę.

Można powiedzieć, że udało nam się zrobić plan minimum Barcelony, choć 2,5 dnia to zdecydowanie za mało, by zobaczyć wszystko, to jednak warto przyjechać nawet na chwilę, bo Barcelona to miasto wyjątkowe.

Barcelona

536 Zdjęcia

 

 

  1. Hmm. A na plaży i przyplażowych lokalach nie byliście ? Polecam Opium Mar i Ice Bar.
    Bardzo popularne są w Barcelonie też kluby Karaoke – ja polecam Touch Music.

Zostaw komentarz