Wenezuela Część 5: Delta Orinoco

Jedziemy z kolejnym gościem, który ni w ząb angielskiego… W kwestii działających zegarów i wskaźników w samochodzie mamy już 4:3 dla działających. Nieźle! Dzisiaj w Polsce jest Święto Niepodległości, a my z Pawłem mamy 8-mą rocznicę. Spędzamy ten dzień dosyć nietypowo. Za oknem (samochodu) robi się szaro i co jakiś czas widać błyski – już przestajemy się zastanawiać, czy to burza w oddali, czy efekt Catatumbo.

Przejeżdżamy obok gwardii narodowej i – ponieważ mamy przyciemniane szyby – kierowca grzecznie otwiera wszystkie, żeby gwardzista miał wgląd w zawartość. Nachyla się i coś pyta. Tamten coś odpowiada. Przez chwilę dopada mnie myśl, że jeszcze nam brakuje przeszukania bagażu. Na szczęście chwilę się na nas pokrzywił i nas puścił.
Zobacz mapę z wyprawy

Dziwna sprawa z tą gwardią narodową. Jaki to ma cel? Zapewnienie nowych miejsc pracy? Bo przecież nie bezpieczeństwo… Jest krytykowany w świecie, ale w dużej mierze powodem jest polityka anty-USA. W Internecie zaś chodzą pogłoski, że Wenezuelczycy go lubią, bo robi dla nich dużo dobrego. W końcu nie wybieraliby go na prezydenta, gdyby było inaczej… a może jednak? Pytaliśmy kiedyś jednego z Wenezuelczyków co myśli o Chavezie. Przez chwilę milczy, ale później przyznaje, że jest przeciwny jego polityce i spytany dlaczego zaczyna się wściekać:
- Wenezuela jest kojarzona z dużą przestępczością. Szczególnie w dużych miastach. Skoro Chavez tak kocha swoich ludzi, dlaczego nic z tym nie robi? Żyjemy z turystyki, lubimy turystów, ale oni nie chcą przyjeżdżać do naszego kraju bo się boją… Policjant zarabia u nas 1500 bolivarów / miesiąc. Jak ma wyżywić za to czwórkę dzieci? (Tani obiad to ok 30BsF). No to gdy pojawia się okazja i ma do wyboru wsadzić np. handlarza narkotykami, albo wziąć 200 Bsf, wybierze 200 Bsf.
- No dobrze, ale skoro ludzie go nie popierają, to czemu na niego głosują?
- Demokracja? A co to za demokracja jeśli idę głosować, a nade mną stoją ludzie Chaveza i patrzą mi przez ramię co zakreślam? To są wolne wybory?
Opowiada o tym, że- jak to w demokratycznym państwie – można zrobić referendum, żeby odwołać prezydenta. Potrzebują 12 milionów podpisów, żeby go odwołać. Na listę wpisało się 3 miliony. Te 3 miliony teraz mają ogromny problem. Nie dostaną pracy, nie dostaną kredytu, nie dostaną mieszkania, bo są na liście. Żeby dostać mieszkanie, pracę, kredyt, załatwić cokolwiek – trzeba być w partii.
- Chavez zrobił sporo dobrego, ale więcej złego…

Słuchaliśmy tych opowieści i czuję się, jakbym słuchała moich rodziców opowiadających o Polsce z czasów, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. O PRLu, o partiach, o władzy, która kontrolowała wszystko. Mamy nadzieję, że Wenezueli też się uda.

Nasz kierowca zatrzymał się na środku drogi. O co chodzi? Nie powiedział, bo przecież nie zna angielskiego. Za to przywitał się z drugim kierowcą, który nas „przejął”. Dojechaliśmy z nim do samej Orinoco. Miejscowość San Jose de Buja. Widać, że lokalny, bo trąbił, machał i witał się z ludźmi z wioski. Było już ciemno a my wsiadaliśmy do motorówki. Była lekka panika, bo się okazało, że facet ma tylko latarkę w ręku i od czasu do czasu sprawdza sobie „wyrywkowo” niektóre miejsca. Ja jednak byłam pewna, że zna drogę na pamięć i wie, czego się spodziewać. Czułam na twarzy chłodne powietrze i było mi przyjemnie. Płynęliśmy tak z 20 minut manewrując między zakolami rzeki, krzakami i mieliznami. Od czasu do czasu w oczy rzucały nam się czerwone oczy kajmanów. W końcu w oddali zauważyliśmy światełka odbijające się od tafli wody. To były pochodnie zapalone w naszym obozie. Rany jak tu ślicznie!!! Byłam pod ogromnym wrażeniem tego miejsca. Wysiedliśmy na drewniany pomost i wtedy okazało się, że cały obóz jest na drewnianych pomostach.

To właśnie z od takich domów na palach wywodzi się nazwa Wenezuela, czyli Mała Wenecja. Nazwy tej użył kompan Krzysztofa Kolumba – Alonso de Ojeda.
.
- Hello my friends! My name is Jamil and I am your guide.
później zaczął coś o tym, żebyśmy się nie przejmowali, że oni zaniosą nasze bagaże i w końcu, gdy im powiedzieliśmy, że nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni dali nam spokój ;-)

Pokazali nam nasze „pokoje” – cały kamp na balach, między pokojami „ścieżki” jak pomosty, a pod nami woda i roślinność rzeki Orinoco. Pokoje to były pomosty około 3×4 metry z dachami ze „strzechy” palmowej od strony obozu zasłonięte wielkimi liśćmi, które również stanowiły drzwi, z drugiej zaś nie było nic – czyli wielkie okno. Cały Orinoco Eco Camp tak wyglądał. Pokazali nam łazienki i uprzedzili, żeby do mycia zębów używać wody z baniaka (w prysznicach była woda z rzeki). Wróciliśmy do kuchnio-jadalnio-salonu, gdzie palił się grill, a przy stolikach i na fotelach (!) siedzieli różni ludzie. Turyści oczywiście. Rozmawiali głównie po angielsku, ale udało nam się również usłyszeć jakieś słowiańskie dźwięki.

Domek/pokój

Wśród pracowników Orinoco Eco Camp od razu rzuca nam się niepozorna, bardzo blada blondyneczka. Myśleliśmy początkowo, że to jedna z turystek i dziwiliśmy się, że majstruje przy grillu. To Brytyjka, na oko 22 lata, studentka. Wyjechała do Ameryki Południowej na wolontariat. Początkowo przez miesiąc siedziała w jakimś ośrodku w Peru, teraz jest tu. Na pytanie co planuje później odpowiada, że wraca do domu na święta. No tak! Przecież mamy listopad! Paweł pyta ją, czy w tych chatkach jest bezpiecznie – przecież mogą wejść jakieś węże.
- Aaa, tak. Jak zobaczysz węża to go nie dotykaj. Na pewno jest jadowity. – odpowiada z uśmiechem.

Orinoco Eco Camp

Wróciliśmy do pokoju, gdzie zanieśliśmy swoje rzeczy i dokładnie go obejrzeliśmy. Normalne łóżko z całkiem schludnie wyglądającą moskitierą. Widok na Orinoco i słychać nocne zwierzęta: świerszcze, ptaki, żaby. Na ścieżkach właśnie wspomniane wcześniej pochodnie. W salonie wiszą 3 hamaki – Paweł od razu zajmuje jeden z nich. Są tutaj 2 psy i jedna udomowiona kapibara (!!!) jeszcze młoda. Jak się później okaże, są również 2 koty, ale niezbyt przyjacielskie. (Nie dziwię się – co byście zrobili, gdyby gryzoń był 3 razy większy od Was?). Czekaliśmy na kolację i zaczęliśmy rozmawiać z jakimś starszym małżeństwem z Holandii, którzy sobie mieszkają na jednej z wysp z Antyli Holenderskich (chyba Curaçao) i przyjechali na Orinoco na wycieczkę fakultatywną.
Poszłam po coś do pokoju i bardzo się zdziwiłam, bo przed wejściem do niego stały oba psy i ujadały zaciekle. Już złodziej??? Miałam przy sobie tylko aparat, więc nim postanowiłam poświecić, ale zrobiłam to dość nieumiejętnie i tylko się oślepiłam błyskiem flesza. W środku mogło być wszystko: od złodzieja, po węże i inne stworki rzeczne. Wchodzę! Ewidentnie psy się bały sto razy bardziej … mojego plecaka, którego cień wyglądał rzeczywiście groźnie.

Na kolację znów kurczak z grilla z arepą. Śniadanie jajko lub jajecznica, kolacja kurczak, to wszystko z arepą.. ileż można! Po kolacji byłam bardzo zmęczona i czułam, że choroba mnie rozkłada. Wzięłam tabcin i położyliśmy się spać. Było mi cholernie zimno, mimo bluzy i skarpetek. Dobrze, że miałam ze sobą wkład do śpiwora to jak w niego weszłam zrobiło się w końcu wystarczająco ciepło. Rano do tych objawów doszedł dużo gorszy – żołądkowy. Zdecydowałam, że nie jadę oglądać tukanów. Paweł miał więc zadanie robić zdjęcia i mi opowiadać. Leżę w łóżku, wzięłam tabcin, nifuroksazyd, stoperan i smectę i czekam, aż zacznie działać. Przynajmniej wiem, że pieczołowite przygotowanie apteczki nie poszło na marne… Ale Paweł chyba trochę panikuje – dopytuje czy mam dreszcze, bo podejrzewa malarię. W Wenezueli raczej nie występuje, ale biorąc pod uwagę, że komary kochają mnie ponad życie jest to prawdopodobne. Nawet użycie bardzo mocnego środka powyżej 50% deetu nie dawało mi żadnych gwarancji. Moje stopy wyglądają strasznie. Dolne partie są pokryte malutkimi bąbelkami – stawiam, że to mrówki. Później już standardowo komary i takie duże bąble z Canaimy – nie wiem po czym. Łydki – oczywiście komary oraz maleńkie czerwone kropki po puri puri. W tych rejonach są jeszcze czarne muchy – nie wiem jak gryzą, bo już ciężko mi rozpoznać, ale gryzą na pewno. Są wyjątkowe, bo zamiast bać się dymu – lgną do niego, ale są aktywne tylko w dzień, więc jak przychodzi wieczór można spokojnie zadymić obóz, żeby odstraszyć komary. Kładę się spać, liczę jeszcze, że za godzinę obudzę się zdrowa.

weneart5 pokój w środku

Na śniadanie jajecznica z tłustą arepą i fasolą. No to dzisiaj bez śniadania.Postanowiłam jednak pojechać na wycieczkę łódką. Płyniemy, ale jest raczej nudno – albo przynajmniej nie ma wiele nowych rzeczy… W końcu dopływamy do jakiegoś młodzieniaszka z małym kajmanem na sznurku.

weneart5 kajmanek

Dzieci Indian nie mają obowiązku chodzić do szkoły. To, co muszą umieć nauczą się w domu – jak wypleść hamak, zbudować chatkę, canoi, wiosło, jak złapać tukana w sieć. Chavez zachęca te dzieciaki darmowymi obiadami.

Podczas naszej podróży zaczyna szybko i intensywnie padać deszcz. Rozłożyliśmy folię i po 3 minutach można było ją już złożyć… To się nazywają deszcze! Później odwiedzamy kolejnych Indian. Na błotnistym podłożu porozrzucane są patyki, żeby można było po nich chodzić. Na Palach stoi mostek 5×5 metrów i tam siedzi cała rodzinka – na podłodze i na hamakach. Dziewczynki (ok 5-10 lat) pozują do zdjęć. Jamil pokazuje nam schwytane w klatce tukany, na ziemi papuga ze związanymi skrzydłami i jedna martwa, ale ta martwa już raczej nie nadaje się do spożycia. W innym miejscu Jamil pokazuje nam jak Indianie wdrapują się na drzewo, żeby założyć pułapkę na ptaki. Mają tak umięśnione stopy, że otaczające drzewo wyglądają jak drugie dłonie. Są zdecydowanie szersze niż nasze i bardziej zwinne.

weneart5 w hamaku

Dni na Orinoko mijają mi raczej leniwie i są krótkie – o 17 zaczynają gryźć komary i marzę tylko o tym, żeby wrócić pod moskitierę. Przed 5tą na zewnątrz czeka mnie to samo, więc nie wstaję, jeśli nie muszę. Poziom Orinoco zmienia się co 6 godzin – raz za „oknem” mam błoto, innym razem rzekę. W drodze do łazienki kręci się piękny, ogromny błękitny motyl. Chcę go sfotografować, ale to graniczy z cudem. Dni i wydarzenia mieszają mi się, z powodu choroby. Mam już dość wyjazdu i chcę wracać do domu, ale wyłącznie z powodu komarów. Jestem tak pogryziona, że budzę się w nocy na drapanie, nogi mam całe w strupach. Nic nie dają muggi i inne repelenty (przed), nic nie daje fenistil (po). (Po prawie dwóch miesiącach, w trakcie opisywania wydarzeń nadal mam, choć nieliczne, ślady ugryzień).

Wieczorem w drugi dzień pojawiają się „nowi”. Wśród nich małżeństwo Polaków z Warszawy (Romek i Marzena) i 4 Rosjan. Przywieźli ze sobą rum i colę. Mają wakacje na Margaricie, a ta wycieczka to taki fakultet. Po krótkim zapoznaniu słyszę Marzenę: jestem załamana, jak tu mieszkać w takiej norze? Muszę się napić..

A ja zaczynam się zastanawiać nad tym wszystkim, bo moje wrażenia euforyczne „jak tu pięknie” również były szczere. Uważam, że ten camp jest rzeczywiście największym luksusem, jaki mieliśmy podczas całego pobytu. Jest zachowany w odpowiednim klimacie, pozwalającym poczuć wszystkie uroki Delty Orinoco, ale jest też najbardziej komercyjny – dopieszczony pod wygodę turystów i mało przypominający realia. Zresztą realia (mieszkać jak tambylcy) byłyby dość załamujące.

Chłopaki jeżdżą na wycieczki, ale wracają zazwyczaj z hasłem „nic nie straciłaś”. Pewnie nie chcą robić mi przykrości, bo rzeczywiście marnie bym się sprawdzała w takim stanie. Na śniadanie ciągle jajecznica albo sadzone i arepa, na kolację sałatka z tuńczykiem i świeże owoce… Decyduję się na arepę, żeby zjeść cokolwiek. Oni na wycieczce zajadali lokalne słodycze – w ramach podziękowań od jednej turystki za słodycze z Europy:

To larwy termitów… czy oni naprawdę je jedzą? Spójrzcie Jamila:

Indiańska zabawka:

Jamil, nasz przewodnik ma 29 lat i z dumą pokazuje nam swojego wnuczka – na oko półrocznego. Spojrzał któregoś razu na Kubę:
- podobają mi się Twoje okulary… wiesz, tutaj jest dżungla i nie mamy takich… Może chciałbyś się wymienić? Przywiózł bym ci w zamian jakiś ładny prezent z dżungli. Kuba skłamał, że to prezent i jest do nich emocjonalnie przywiązany. Przecież nie da mu Ray Banów ;)

Innym razem, kiedy zostałam w obozie wyłącznie z pracownikami Eco Campu usłyszałam rozmowę, między Brytyjką, która jest tam na wolontariacie a Victorem, przewodnikiem.
- Bardzo mi się podoba to, co masz (ipod)… Bardzo chciałbym taki mieć… tutaj w dżungli nie kupię nigdy nic takiego, ale Ty w Anglii pewnie bez problemu dostaniesz to w każdym sklepie. Może się wymienimy? Dam Ci za to jakiś ładny prezent z dżungli (to chyba typowy tekst :))) ) … na przykład ręcznie wyplatany hamak..

Dzień mija mi bardzo miło i leniwie, czuję się już lepiej. Bujam się w hamaku, gdy tylko zwieszę rękę w dół od razu podbiegają psiaki na głaskanie. Wystawiają brzuszki. Jeśli nie one, to przychodzi kapibara, która wydaje dziwne mrucząco-piszczące odgłosy. Trzeba przy niej uważać na buty i spodnie, bo zjada. Z radością też ssie palec, gdy tylko jej się na to pozwoli.

Jest tutaj pólka z książkami w różnych językach – chyba zostawiają je turyści. Zauważam gazetkę o mustangach, na okładce o Polskim Klubie Mustang i Mustang Race 2011. Artykułu nie rozumiem do końca, ale są nazwy miejscowości przez które Mustang Race przejeżdżał i ksywki znajomych. Robię zdjęcia – będą zachwyceni. W upalny dzień nagle zaczyna lać rzęsisty deszcz. leżę w hamaku i patrzę jak strugi deszczu spływają po strzechowych dachach. Powietrze się robi niezmiernie przyjemne a widok deszczu cudownie relaksuje.

weneart5 Deszcz w Orinoco Eco Camp

Chłopaki wrócili – dziś wycieczka jechała na spacer po dżungli. Wzięli w tym celu kalosze. Ale kilka osób z grupy jest cała w błocie – Kuba wpadł po pas, jednej Niemce but się zatrzymał i stanęła w skarpetce a Rosjanin, który nie rozumie za bardzo po angielsku nie posłuchał (z wiadomych względów) ostrzeżeń Jamila, żeby ostrożnie stawiać stopy, bo jest niebezpiecznie i można się nadziać na skorpiona albo węża i zaczął z impetem wymachiwać swoją nową maczetą i biec do przodu, wyprzedzając grupę. Gdy się przewrócił Jamil stwierdził, że to zbyt niebezpieczne i wrócili.

Dziś na obiad ryż, więc jestem szczęśliwa, bo wreszcie się najem i nie będzie zagrożeń dla mojego żołądka. Przyjechała nowa grupa, a my wyjeżdżamy po obiedzie, więc jest tutaj naprawdę dużo ludzi. Większość z nich to chyba Brytyjczycy.

Wracamy łódką i wiem już, że zbliża się koniec wycieczki. Wracam myślami do wszystkiego, co zobaczyłam starając się to jakoś podsumować w głowie, ale jest to bardzo trudne. Wszystko co widziałam, było tak odmienne i budziło tak różne emocje, że ciężko to określić. Pytam, który element wycieczki podobał im się najbardziej – odpowiadają że Los Llanos albo Canaima. Ja wtedy stawiałam na Los Llanos, ale teraz po miesiącu już nie jestem pewna.Widziałam morze, i góry, ogromne jezioro irzeki i pustynię. Niezwykłe wodospady i błyskawice na niebie. Niebezpieczne anakondy, kajmany i bezbronne kapibary, ary, tukany. Byliśmy na równinach i na dużych wysokościach (do 3500m), w temperaturach 5 i 35 stopni. To chyba dlatego tak trudno wybrać jedną rzecz, wartą polecenia – bo to właśnie tę różnorodność trzeba w Wenezueli zobaczyć.

Na brzegu czeka nas nas kolejny kierowca. Ma nas zawieźć do Puerto Ordaz, gdzie nocujemy. Gdy pojawia się zasięg dostajemy smsa od Piotra, że ma podejrzenie o malarię i leży z gorączką. Oni wylatują dzień po nas. Zatrzymaliśmy się w posadzie załatwionej przez gravity tours. Rano mieliśmy wylot do Caracas. Lot do Polski o 17:00. Mamy nadzieję, że wystarczy czasu i samolot się nie spóźni. Gdy wychodzimy rano z plecakami słyszymy polski. To Marzena i Tomek z Roraimy! Przyjechali wczoraj wieczorem i szukali posady, ale tylko tu było miejsce. Co za zbieg okoliczności! Mają samolot godzinę po nas. Z ich opowieści wynika, że trasa na Roraimę była bardzo ciężka i ledwo dali radę. Mówią, że mieli tarantulę w namiocie. Spieszymy się na samolot, więc żegnamy się z nimi – za kilka godzin widzimy się na lotnisku w Caracas. Spotykamy ich jeszcze przy odprawie na lotnisku w Puerto Ordaz. Ich samolot ma opóźnienie 3 godziny. Na pytanie, czy mają międzynarodowy samolot odpowiedzieli, że tak i wtedy kobieta na szybko zmieniła im samolot, bo mieliby ciężko.
W Caracas Kuba poszedł palić. Chciał się też spotkać jak najszybciej z Gosią i Maćkiem. My postanowiliśmy jak najszybciej przejść przez odprawę. Mieliśmy już sytuację, w której nie zdążyliśmy na lot i ta jedna nam zdecydowanie wystarczy. Poza tym nie jesteśmy pewni jak wygląda sprawa podatku wylotowego – zgodnie z biletem i informacją od pracowników lotniska jest on wliczony w bilet, ale nie chcemy ryzykować. Gdy nadaliśmy bagaż i odbieramy kartę pokładową jest na niej doczepiona zszywaczem kartka. Informują nas tutaj, że ze względu na procedury na lotnisku w Caracas przy wylocie mogą chcieć przeszukać nasz bagaż. Ponieważ chcą to zrobić wyłącznie przy właścicielu bagażu trzeba być przy gate od 15:00 (lot o 17:00), bo po rozpoczęciu boardingu nie mogą już tego bagażu przeszukiwać.

Przechodzimy przez security, ale nikt nie żąda od nas kwitka na opłacony podatek wylotowy. Czyli jednak był wliczony. Mamy zatem 400 boliwarów ekstra i nie chcemy ich brać ze sobą do kraju. Idziemy do sklepu wydać je na pamiątki, niektóre są nawet 100 razy droższe niż jakbyśmy kupowali we wiosce. Przypominam sobie wtedy, że w dużym plecaku zostawiłam kartę płatniczą, która mi się na pewno przyda we Frankfurcie.

Siedzimy na gate i czytamy książki, patrzymy na odlatujące samoloty… czekamy aż rozpocznie się Boarding. I wtedy słyszę nazwiska osób, których bagaże będą przeszukiwane… Słyszę Edward… słyszę Loto Edwa… Błagam, żeby to nie było Lotko Ewa… żeby to nie było Lotko Ewa… idę do obsługi lotniska i proszę o listę osób wezwanych. Jak nic jest Lotko Ewa. Pawła nie ma na liście. Idę do niego, nogi mam jak z waty. Zaczynam sobie przypominać całą panikę moich rodziców z podrzucaniem narkotyków do bagaży i zastanawiam się, czy to możliwe. Dlaczego akurat mój bagaż? Coś im się nie spodobało? Pytam tę dziewczynę, co tam stała czy to losowe plecaki czy coś jest nie tak, ale odpowiada tylko – Yes, please wait, it takes only 5 minutes. Wraz ze mną stoi dwóch facetów. Dali nam odblaskowe kamizelki i poprosili, żebyśmy usiedli. Wzięłam książkę i trochę mi już przeszedł stres, ale jak podchodziłam do Pawła, to mi powiedział, żebym się nie przyznawała, że jesteśmy razem. Hehe.W końcu w pięcioosobowej grupce (4 facetów i ja) poszliśmy. Było dosyć daleko, z gate’a 26 do gate’a 18, później przez bramki i na dół. Poczułam znowu wilgotne, duszne powietrze caracas. Byliśmy teraz w miejscu, gdzie pakują bagaże, dużo ludzi sortowało je i kładło na odpowiednie wózki. Na środku zobaczyłam mój plecak otoczony czterema innymi bagażami. Stało tam kilku gwardzistów za ladą i po kolei prosili nas, żebyśmy wskazali swój bagaż.
- Español?
- No…
- Inglese?
- Si…

na tym nasz dialog się skończył. Na migi pokazał mi, żebym wypakowała wszystkie rzeczy. Sam też wkładał łapy i sprawdzał co tam jest. Wyciągnęłam portfel, w którym miałam kartę i mu go pokazałam. Gdy mi go oddał schowałam do kieszeni spodni. Dorwał się do drewnianych kostek i gry gomoku, które kupiłam w Andach. Odpakował, wysypał pionki i oglądał. Później powkładał. Wziął kości i zaczął się nimi bawić. Zawołał jakiegoś kolegę i chyba kazał mu zgadnąć liczbę… a może parzyste/nieparzyste. Jak tamten odpowiedział, rzucił kośćmi i się zaśmiał. Widać, że mu się spodobały. Przejrzał wszystkie moje rzeczy i zakamarki plecaka i ruchem ręki nakazał spakować je z powrotem. W ten sposób straciłam też mojego secure-baga (folię), ale i tak się cieszyłam, że się udało bez problemów. Gdy wróciłam Paweł wyglądał na jeszcze bardziej zestresowanego niż ja. W myślach rozważał, czy jak mnie zamkną w więzieniu to ma wracać do Polski beze mnie czy starać mi się jakoś pomóc stąd (sic!!!)

Spotkaliśmy wreszcie pozostałych – Kubę, Gosię, Maćka, Marzenę i Tomka. Piotrek, Arek i p. Ela mieli wylot następnego dnia.Okazało się przy okazji, że oni musieli zapłacić podatek wylotowy… byliśmy już bez kasy, więc się trochę przystresowaliśmy, ale dostaliśmy informację, że skoro nas security puściło to już nikt tutaj nie będzie tego sprawdzać. Czyli byliśmy do przodu jakieś 40 euro.

Pozostały czas spędziliśmy na wymianie opowieści.

Marzena i Tomek opowiadali o Roraimie. O trudnych warunkach, piciu wody z rzeki, namiotach, tarantulach i ludziach, których tam poznali. Maciek i Gosia mieli swój bajkowy urlop na Arubie, gdzie po przeszukaniach na lotnisku, opóźnionym 7 godzin samolocie przywitała ich uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna z „Welcome and enjoy the Island!”, tu zdjęcia z Aruby od nich:

wenezuela-403 wenezuela-283 wenezuela-312

Piotrek, Arek i p. Ela wrócili szczęśliwie następnego dnia. Okazało się, że Piotrek nie ma malarii, a lekiem na jego bakterie jest sok z kokosa. Spędzili czas w Mochimie, nad morzem. Tu zdjęcia od nich:

karaiby-mochima-5 santa-fe-mochima

W Wenezueli zobaczyliśmy wiele, ale kraj ma znacznie więcej do zaoferowania. Nie widzieliśmy Roraimy i praktycznie nie zwiedziliśmy północnej części kraju – w tym Amazonas – rejonu, w którym płynie Amazonka i w którym można spotkać „ostatnich Wolnych Indian”.

Zobacz więcej zdjęć:


Zostaw komentarz