USA 2012: Nowy Jork, Waszyngton i Amisze

Polecimy, czy nie polecimy? Zostało nam 8 dni, lecimy do Nowego Jorku. NYC jest już po pierwszym huraganie – Sandy zwany też Frankensztormem, bo kilka mniejszych złączyło się  w jeden, duży huragan. Wtedy cieszyliśmy się, że zaczynamy od Chicago a kończymy w NYC, bo wiedzieliśmy, że już będzie po wszystkim na koniec. Mieliśmy oczywiście obawy, że nie zobaczymy Nowego Jorku w pełnej okazałości, bo skutki huraganów i powodzi mogą tutaj być naprawiane znacznie dłużej, ale przynajmniej nie odwołają naszego lotu do USA, co się stało na przykład w przypadku naszej znajomej, która leciała 2 dni przed nami, ale do NYC.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy zaczęły do nas docierać informacje o drugim huraganie i odwołanych lotach. A na stronie American Airlines cisza i ani słowa o odwołaniu lotów. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy uda nam się polecieć.Szczęśliwie siedzieliśmy w samolocie do JFK. Okazało się, że większość odwołanych lotów to Newark, czyli lotnisko w New Jersey.

Siedzieliśmy obok siebie, nagle do samolotu weszła matka z dzieckiem (prawdopodobnie Skandynawowie). Dziewczyna spojrzała na numery miejsc i usadziła młodego obok nas. Ten przerażony zaczął coś marudzić, a ona jego uspokajać. Widząc tę przerażoną minę odstępuję mu miejsce i siadam rząd dalej. Po chwili przychodzi dwóch gości, którzy chcą siedzieć koło siebie i z radością odstępuję im miejsce w środku w zamian za miejsce przy korytarzu. Stewardessa zauważa to i podczas poczęstunku daje mi podarunek w postaci zestawu snacków: dwa krakersy, małe orzeszki, mini ser cheddar i rodzynki w pudełku wielkości zapałek. Uśmiecham się i dziękuję zastanawiając się po co mi to… :)

Rząd obok widzę dziewczynę skrupulatnie notującą coś… Na okładce zatytułowane „Erin&Janett Adventure to Thailand”… druga strona – to dopiero początek ich podróży. My jesteśmy w połowie. Stąd, gdzie my lecimy, one uciekają… do pięknego, baśniowego świata. Uśmiecham się pod nosem….Też kiedyś tak skrupulatnie notowałam. Za 2-3 dni nie będą już mieć na to czasu, a w zeszycie powstaną raczej niedbałe skrótowce, które pomogą później poskładać historię.

Plan był taki. Na lotnisku w w Nowym Jorku wypożyczamy samochód i jedziemy do Amiszów, później nad Niagarę i powrót do NYC – stąd mamy lot.

Na Florydzie zarezerwowaliśmy hotel w Lancaster, ale niestety okazało się, że nigdzie online nie ma samochodów do wypożyczenia. To trochę dziwne, ale uznajemy, że tylko część samochodów jest dostępnych online, a bądź co bądź, rezerwujemy dość późno… Mamy jednak nadzieję, że można to zrobić na miejscu i już drżymy nad informacją o kosztach wypożyczenia.

Dolecieliśmy. No to jesteśmy … w czarnej dupie! Żadnego samochodu. Nigdzie. Byliśmy chyba w 10-ciu wypożyczalniach. Nie wiemy co robić, więc decydujemy się dojechać do centrum. Tam spróbujemy złapać jakieś Wi-Fi i poszukać jakiegoś rozwiązania w necie. Możliwości?

Możemy pojechać autobusem lub pociągiem do Lancaster, stamtąd wziąć samochód i oddać w NYC w powrotnej; Polecieć samolotem do Buffalo, Niagara samochodem i pick up w NYC, albo zostajemy w Nowym Jorku i próbujemy anulować hotel w Lancaster, a samochód wynająć za kilka dni… o ile wtedy się uda… 

Gość w jednej z wypożyczalni nas spytał na jak długo chcemy samochód dając nam do zrozumienia, że na miesiąc może by coś wykombinował. Zastanawiam się cały czas, czy była jakakolwiek szansa, choćby cień szansy, żebyśmy dostali ten samochód. Myślami szukam dalekich znajomych, którzy pomogą nam się stąd wydostać. Nic nie przychodzi mi do głowy.

ny-szukamy-hotelu

Mamy problem z dojazdem z lotniska, bo któryś z pociągów nie kursuje i musimy zawrócić. W końcu jednak udaje mi się dostać do centrum. Jesteśmy gdzieś na Manhattanie, na chodnikach tłumy przechodniów, że aż się korkuje. Starbucks idzie nam na ratunek z darmowym Wi-Fi. Wypijam kawę i oboje zdajemy sobie sprawę, że jedliśmy dzisiaj wyłącznie śniadanie…. Ale nie ma czasu teraz rozglądać się za obiadem. Trzeba najpierw załatwić jakiś hotel.

dsc01612

dsc01615

ny-rodzynki

Siedzimy już w Starbucksie ponad 2 godziny – długo szukamy, ale wszędzie albo pełno, albo otrzymujemy informację, że hostel ucierpiał w wyniku huraganu… nawet hotele 4-5 gwiazdkowe, na które nas i tak nie stać, mają pełno. W końcu decydujemy, aby pojechać do Waszyngtonu, przenocować i wziąć stamtąd samochód do Lancaster a później nad Niagarę. Sprawdziliśmy więc ceny hoteli (ujdą!), ceny samochodów (Są! Bardzo tanie) i Mega bus do Waszyngtonu… 20:00; 20:30; 21:00 i 22:00.

Kupujemy bilet na 22:00, akurat coś jeszcze zjemy a później w kimę w autobusie. Ręce nam opadły przy 10-tej próbie zapłacenia przez worldPay – jedyny sposób na zakup biletów. Wiedzieliśmy, że prawdopodobnie zakup „u kierowcy” nie będzie możliwy.

- Jesteśmy w kropce. Nie wiemy co robić – Nawet Paweł, moja ostoja spokoju, równowagi i rozwiązywania nawet skrajnie trudnych zagadek logistycznych stracił wszelką nadzieję. Nigdy nie widziałam go tak zrezygnowanego.

Ostatkiem sił powtarzałam mu, że to nie jest najgorsza sytuacja w jakiej byliśmy. Mówiłam o Rydze i o poszukiwaniach hotelu w Singapurze. Dla Pawła to były znacznie mniej skomplikowane sprawy, ja ciągle jednak podtrzymywałam się na duchu tym, że jesteśmy w cywilizacji, więc nie może być źle. Miałam już dość siedzenia w Starbucksie, marzyłam, by stamtąd wyjść. Zaproponowałam, żebyśmy poszli w tamto miejsce, gdzie miał odjeżdżać Megabus. 

Mieliśmy do przejścia z 9 przecznic do skrzyżowania 9-tej i 31-szej. Po drodze robiło się coraz bardziej ponuro – wcześniej byliśmy przy Times Square, więc właściwie w ścisłym centrum. Teraz obserwowaliśmy sterty worków na śmieci chodnikach – początkowo myśleliśmy, że to jakieś pohuraganowe sprzątanie, ale później okazało się, że w NYC worki ze śmieciami rzuca się na chodniki skąd śmieciary sobie to zbierają – uroki zatłoczonych miast.

Gdy dotarliśmy na miejsce było już dawno po czasie odjazdu autobusu, ale spytaliśmy jakiegoś gościa w budce gdzie tu stoją Megabusy. Okazało się, że od pewnego czasu stoją w innym miejscu – znów 4 przecznice dalej. Jeden minęliśmy po drodze – chyba do Filadelfii. Gdy doszliśmy na miejsce, stał do Waszyngtonu – to chyba ten o 22:00 (była już 21:30), więc pytamy gościa wrzucającego bagaże do luku czy możemy kupić bilet.
– Gdzie chcecie jechać?
– Do Waszyngtonu
– Widzicie tego grubego gościa na rogu? Zagadajcie do niego, może Wam sprzeda. Tylko szybko, bo już odjeżdżamy! Paweł pobiegł, a ja wyciągałam ładowarkę z walizki. Po drodze mijaliśmy budkę z bajglami i miałam nadzieję, że je kupię, ale nic z tego, bo facet od bagażów narzucał szaleńcze tempo. Udało się. Są bilety. Siadamy! JEDZIEMY! JEST RADOŚĆ!

W Megabusie jest WI-Fi, więc możemy zarezerwować hotel i samochód. Na szczęście, bo na miejscu będziemy w środku nocy. Umieramy z głodu. Jedliśmy tylko śniadanie (dobrze, że pożywną jajecznicę, bo mieliśmy hotel ze śniadaniem:) ). Na szczęście mamy paczuszkę na „ciężkie czasy”, którą dostałam od Pani stewardessy – karma wraca!

Do Waszyngtonu dotarliśmy koło 3-4 w nocy. Na dworcu kupiliśmy jeszcze jakieś napoje i jedzenie i wzięliśmy taksówkę do hotelu Comfort Inn. W Waszyngtonie ok 56% to czarni, 36% biali. Nie da się tego nie zauważyć, czujemy się rzeczywiście jak mniejszość.

Następnego ranka zwijamy manatki z pokoju i siadamy w recepcji, żeby znaleźć samochód do wypożyczenia. Jakiś gość pastuje podłogę – ten zapach pasty przypomina mi ważne święta w dzieciństwie. Organizujemy się z samochodem. Pewnie skoro już tu jesteśmy, to zwiedzimy Waszyngton. Decydujemy się, mimo, że jest drogo, na wzięcie samochodu z końcem trasy w Nowym Jorku. Plan jest taki, żeby jechać do centrum Waszyngtonu na kilka godzin i później wyjechać do Lancaster. Mamy tylko jakąś nędzną mapkę z recepcji hotelu. Trafiamy obok Capitolu, jeszcze raz koło Union Station – te ich stacje są bardzo ładne i zabytkowe. Później pojechaliśmy koło Białego Domu (żeby zaparkować musieliśmy zrobić z 5-6 rundek dookoła. Minął jakiś tydzień od reelekcji Obamy. Tłumy świętują i robią sobie zdjęcie na tle pałacu prezydenckiego, a temu towarzyszy również… konsumpcjonizm: można sobie kupić koszulkę z Obamą, albo znaczek „I voted”.

dsc01671

dsc01662

Następny przystanek to Pentagon. Przypomnieliśmy sobie o nieudanym ataku na Pentagon 11 września 2001, gdzie ludzie dzwonili z samolotu pożegnać się z rodzinami… co bym zrobiła na ich miejscu? Czy byłabym w stanie zadzwonić? Czy byłabym w stanie odebrać taki telefon?

Jest już dość późno, a my błądzimy próbując znaleźć drogę wyjazdową. W końcu stajemy w McDonalds na obiad i zapamiętujemy mapę w Google. Przed nami ok 3-4 h drogi i ok 160 mil.

W Denver też się trochę się gubiliśmy, ale w sumie nie było tak źle. Dojechaliśmy do Hotelu (pod Denver) ok 21:00. Stwierdziliśmy, że nie wychodzimy już nigdzie. Zamiast tego zajęliśmy się szukaniem noclegu nad Niagarą i innymi organizacyjnymi rzeczami i poszliśmy spać.

11 listopada. W Polsce oczywiście dziś zamieszki. Jak Dzień Narodowy może wyglądać w ten sposób? :(
My wstajemy jak zwykle na ostatnią chwilę i bez śniadania wyruszamy pokręcić się po okolicznych wioskach. Dostajemy kilka wskazówek na recepcji i gazetki z kuponami. Kupony od Amiszów – Szok!!! Później jedziemy trochę się pogubić. Niestety huragan trochę pokrzyżował nam plany, bo 11-go mieliśmy być nad Niagarą. Jest niedziela, więc Amisze, jak na prawdziwych chrześcijan przystało, nie pracują. Domyślamy się, że wiele nas przez to omija.

Podczas jednego z nawrotów miła Pani zatrzymuje się obok i pyta, czy się zgubiliśmy.  Odpowiadamy, że nie, że zatrzymaliśmy się tu, żeby zrobić zdjęcie.
- Zdjęcie? Tu?
- Tak. Piękny widok!
- Piękny widok? Pojedźcie do Beer-Cośtam, spodoba Wam się. Turyści sobie chwalą i jest tam Market czynny w niedzielę.
Podziękowaliśmy i pojechaliśmy tam. Chyba ostatecznie nie dojechaliśmy w polecane miejsce (A może tak?), ale wjechaliśmy w zagłębie targów z „antykami”. Było tam też stoisko z jedzeniem organicznym. Widać było podjaranych biednych Amerykanów. Na nas to nie robiło wrażenia – przyjedźcie do Polski! Ceny zawrotne. Kupiliśmy Bajgla za $3,50! 10zł za kawałek maślano-słonej bułki! Była b. dobra, ale bez przesady. :)

dsc01679 dsc01682

Po drodze zobaczyliśmy stary kryty most. Takich w Pensylwanii jest dość dużo.

dsc01692 dsc01694

Później pojechaliśmy w zupełnie drugą stronę, po chwili minęliśmy pierwszą dorożkę a w niej tatę z dzieciakami – Prawdziwi Amisze! Szukaliśmy ich domów. Po drodze trafiliśmy na „The Amish Village” Wejście za $8, ale uznaliśmy, że takie sztuczne „wystawki” nie są dla nas. Postanowiliśmy pojechać później do zabytkowego pociągu. Kupiliśmy bilet na 45-minutową przejażdżkę i Muzeum. Było super i polecamy! Przy okazji pociąg to też rozrywka dla dzieci Amiszów i podbiegały pomachać. :)

dsc01715 dsc01736 dsc01765

Po 3 godzinach przeszłą nam faza na próby sfotografowania każdej Amiszowej dorożki. Ileż można?

dsc03576 dsc03520

Muzeum pociągów Pensylwania. Spoko, chociaż raczej dla fanatyków kolei – my znudziliśmy się trochę za szybko, a może po prostu zbyt dokładny sposób zwiedzania przyjęliśmy na początku? Później pojechaliśmy jeszcze w drobne uliczki zobaczyć farmy Amiszów a później na obiad. W Red Caboose Restaurant. Główna sala restauracji znajduje się w wagonie pociągu. Mieli coś w stylu Kapusty Kiszonej i pyszne ciasto waniliowo-cynamonowe. Dawali gratis, a ponieważ obiad był spory, wzięliśmy na wynos – będzie na drogę. Gratis w USA jest też zawsze dzban wody na stole. Przed nami ponad 300 mil i pewnie z 10 godzin jazdy nad Niagarę. Trzeba jechać! Było już po zachodzie i w Amiszowych domkach, w oknach, świeciły się żarówki w kształcie świeczek dające malutkie światełka. W sumie to nie jesteśmy pewni czy to domki Amiszów czy Mormonów.

Jedziemy długo w nocy, zawsze +10 mil powyżej limitu prędkości. Tak robią tutaj wszyscy kierowcy, więc raczej nie mijamy nikogo. I tutaj serio każdy jeździ te +10 na tempomacie. Widzę i czuję jak zmienia się klimat. Wyobrażam sobie, że zaraz dojadę na Alaskę. Choć jest ciemno, czuć górski klimat i myślę sobie jak tam jest pięknie. Już nie mogę doczekać się drogi powrotnej przez te piękne, jesienne krajobrazy. Tylko dlatego, że liczę po cichu, że wrócimy za dnia.

Dojechaliśmy na stację. Pytam gościa jak daleko do Niagary.
- Tylko 2,5 godziny, także już jesteście niedaleko! – Niedaleko!?
- A ile to jest mil? 120?
- Jakieś… 2,5 godziny – odpowiedział – ale widząc moją zaskoczoną minę dodał – 150 mil.

Okolica coraz bardziej się wyludniała, przejechaliśmy przez miasto Warsaw.

W drodze nad Niagarę
W drodze nad Niagarę - znaki

Dojechaliśmy do Moonlite Motel około 2 w nocy i poszliśmy spać.

Hostel nad Niagarą

Zostaw komentarz