Malezja, Singapur, Indonezja. Część 1: Romantycznie…

Kuala Lumpur

Azja przywitała nas ciepłym powietrzem wypełnionym zapachami deszczu, kadzidełek i gotowanych na ulicy potraw. Idąc ulicami Kuala Lumpur czułam się, jak na zapachowo-poznawczej wycieczce. Z każdym krokiem można było „złapać” jakiś nowy zapach. Nie wiem już sama, czy później moje nozdrza tak się do tego przyzwyczaiły, że znieczuliły się na te różnorodności, czy też może trafiliśmy w tamtym czasie na jakieś święto, w którym kadzidełka rozprzestrzeniały się nawet na lotniskach i dworcach.

Pierwszą godzinę (albo więcej) spędziliśmy na lotnisku – między innymi dopełniając formalności „imigracyjnych”. Jest tam zawsze do wypełnienia adres zamieszkania podczas wizyty – ciężko jest napisać „nie wiem”, więc zostawiliśmy puste. Później zajrzeliśmy zafascynowani do Lotniskowej Dżungli.

p1030967 p1030963

Z lotniska (KLIA) do Kuala Lumpur dostaliśmy się szybkim pociągiem, który za 35 ringgitów (dla uproszczenia przeliczaliśmy 1:1 – 35zł) zawiózł nas do KL Sentral. Później już wiedzieliśmy, że lepszym rozwiązaniem jest Aerobus (8 RM, co 30 min), lub Skybus należący do AirAsia (9 RM, co 15 min). Jedno jest pewne, zapadał wtedy zmierzch, a my byliśmy po ok. 20 godzinach w podróży i z perspektywą szukania noclegu w stolicy Malezji – nie chcieliśmy jeszcze utknąć w korkach, co przy autobusie było bardzo możliwe.

Kiedy wychodziliśmy z budynku KL Sentral, idąc za tłumem, zaczynało kropić. Wszyscy Ci ludzie się jakoś rozeszli do taksówek, a my błąkaliśmy się tam próbując stamtąd wyjść i nie bardzo widząc, jak możemy to zrobić (same ślimaki i ulice bez chodników!). Co jakiś czas zagadywał nas jakiś taksówkarz proponując podwózkę, ale z mapy wynikało, że niedaleko KL Sentral jest świetna hotelowa ulica, a nam zależało na dobrym połączeniu z lotniskiem. W końcu jeden z nich zapytał:

- Gdzie chcecie iść? Jak Wam mogę pomóc? – no i rozjaśniło się, że wyszliśmy owszem, na zewnątrz, ale nie na ten poziom, na który powinniśmy i że „miasto” jest piętro niżej.

Moje gardło usychało. Chcę pić! Mieliśmy jeszcze trochę kasy, którą wypłaciliśmy z bankomatu, więc upolowałam jakiś napój w McDonaldsie. Kasjerki miały tu na głowie czarne chusty (bez burki), co w połączeniu z czerwonymi koszulami wyglądało jakby strój superbohatera z komiksów Marvela.

Ruch uliczny, rzecz jasna lewostronny, na początku nas mocno spowalniał. Gdy jednak trzecie światła (dla pieszych) z kolei odmówiły nam posłuszeństwa i mimo wciskania guziczka przepuszczały kilka serii samochodów przełamaliśmy się i próbowaliśmy dostosować do pieszego savoir vivre’u – przebieganie między samochodami na czerwonym. Pamiętam – już później – nasz rekord z Kuala Lumpur, na bardzo dużym skrzyżowaniu po wciśnięciu guzika i odczekaniu około 5 minut (tak, PIĘCIU) coś nas zainteresowało i odeszliśmy kilkanaście metrów od skrzyżowania. Wracając mignęły nam resztki zielonego, więc ponownie wcisnęliśmy guzik. Po 3 minutach zdecydowaliśmy jednak, że spróbujemy się przebić na czerwonym. W momencie, gdy ruszaliśmy z przeciwnej strony machnął nam inny pieszy, że TERAZ. Żartowaliśmy, że pewnie wrócił się specjalnie po nas.

Poszliśmy w stronę hotelu YMCA, bo miał dobre opinie, ale mieliśmy w planach obejrzeć najpierw kilka innych, z niższą ceną. Hotel Mexico. Recepcja trochę jak w filmach – tanich amerykańskich motelach, gdzie kręci się lokalny półświatek.
- dzień dobry, szukamy pokoju dla dwóch osób.
- dam Wam klucze do dwóch to pójdziecie sobie zobaczyć.

Byłam zaskoczona, że nie musimy o to prosić – pomyślałam, że pewnie zazwyczaj każdy ich prosi o pokazanie pokoju, bo to taki backpackerski hotel. Było tak jakoś średnio.

Później zajrzeliśmy jeszcze do dwóch, ale coś nam się nie spodobało i stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby szukać czegoś lepszego. Za YMCA zapłaciliśmy 118 RM bez śniadania. Hmm… Coś droga ta Azja. Nie takie były założenia! Obliczyliśmy sobie $30/dzień na osobę i wydawanie połowy tej kasy na hotel było grubą przesadą. Za to można było płacić kartą, co uratowało nam d**ę, bo nigdzie po drodze nie spotkaliśmy kantoru.

Zostawiliśmy bagaże i wyszliśmy na spacer. Przed nami widać było wieżę telewizyjną (421m wysokości), a wiedzieliśmy, że „gdzieś obok” są Twin Tower. Paweł skwitował, że to najwyżej 20-30 min spacerkiem ale i on i ja wiedzieliśmy, że to nieprawda. Mimo wszystko chcieliśmy trochę po błądzić, a po drodze trzeba było znaleźć wreszcie jakiś kantor. Szliśmy przed siebie, mając nasz cel na wyciągnięcie ręki i próbując w ten sposób „na oko” dojść tam, gdzie chcemy.

Kuala Lumpur to miasto wielopoziomowe. Przechodziliśmy ulicą, a 20 metrów nad nami przejeżdżał monorail, a pod nami przebiegała (zapewne) jakaś linia metra. Gdy tak szliśmy w oddali zobaczyliśmy kolorową ulicę z czerwonymi lampionami, na której było mnóstwo straganów i ludzi. Tam gdzie szliśmy stały głównie kwiaciarnie z wielkimi bukietami (znów zapachy :) ) i … restauracje (o ile można tak nazwać uliczną kuchnię i kilka stolików). Zaczarowani szliśmy przed siebie, podziwiając piękne, chińskie zdobienia lamp i typowy, azjatycki chaos.

Jak się później okazało, trafiliśmy na Petaling Street, jeden punktów „must-see” Kuala Lumpur, znajdujący się w Chinatown. Była akurat niedziela, więc nam się udało, bo w takich miejscach w Malezji właśnie w weekendy jest największe targowisko.

p1040003 p1040008

Z każdym krokiem gwar chińskiej dzielnicy ustępował zapachowi curry. To znak, że zbliżamy się do Little India. Tu też było wiele backpackerskich hoteli. Przy jednym z nich zapachniało nam naprawdę dobrze i zobaczyłam kilka osób wcinających naan. Wiedziałam, że właśnie tutaj chcę zjeść obiad!

Naan to jogurtowy placek/chlebek indyjski, podawany suchy lub z różnymi dodatkami (np. masłem i czosnkiem). Jadałam taki codziennie w Indiach i szczerze tęskniłam za tym smakiem.

p1040015 p1040013

Podszedł do nas gość i pokazał nam co jest czym, które jest ostre i jak bardzo. Wiedzieliśmy, że mamy ostatki gotówki, więc podliczyliśmy, że wyjdzie akurat na dwa dania + 2 napoje. Oczywiście nie uwzględniliśmy tego, że not spicy jest nadal pikantne, ale jakoś daliśmy radę. Nieco zregenerowani poszliśmy dalej.

Tutaj szczególnie często napotykaliśmy na śpiących na chodnikach bezdomnych. Spali tak po prostu, nawet bez kartonu pod głową, gdzie popadnie. Zaczęłam odczuwać zmęczenie, ale nasz stan kasowy nie pozwoliłby nam na powrót do domu inaczej, niż na nogach i nadal wierzyliśmy, że gdzieś tu mogą być otwarte kantory. Co więcej, zostawiliśmy kartę do wypłat w hotelu, więc mogliśmy jedynie wypłacić z dużą prowizją.

Szliśmy więc dalej w stronę wież (widzieliśmy już też szczyty petronas towers) – tam było centrum. Trafiliśmy na kolejną ulicę, która zrobiła na nas super wrażenie. Tłumy ludzi, jak zwykle budki z jedzeniem, a co kilkanaście metrów błyszczący neon „food massage”, a ich pobliżu pełno (najczęściej) pań (także transseksualistów) z ulotkami tychże, które nas zachęcały do skorzystania z masażu. Zastanawialiśmy się, czy to na pewno food massage, bo niektóre z nich wyglądały zupełnie inaczej…

p1040026 p1040029

Zmęczeni zaczęliśmy pytać o te kantory, ale gdzie by nam nie powiedzieli, tam kantory były zamknięte. W końcu jeden gość zasugerował, że może w hotelach cztero- i pięciogwiazdkowych – obeszliśmy 3, nie mieli. Robiło się już późno i oboje mieliśmy już dość spaceru. W końcu na którejś recepcji facet wytłumaczył nam dokładnie, gdzie są kantory całodobowe. Były 50 metrów dalej – jeden przy drugim, wszystkie otwarte. Wymieniliśmy kasę i poszliśmy się czegoś napić znów do McDonalds bo mają tam Wi-Fi. Ciężko nam było jeszcze dostosować się do tego ciężkiego, wilgotnego powietrza, więc pobyt w klimatyzowanym pomieszczeniu baaaaardzo nam pasował. Gdy wyszliśmy doszliśmy do całkiem fajnego miejsca, z którego widać było wieżę Menara, gdy się jednak odwróciliśmy w stronę Petronas Towers, obie były już zgaszone. Nosz kur…nik! Spojrzeliśmy na zegarek. Była 01:30. Zawiedzeni tym faktem wróciliśmy taksówką do hotelu i poszliśmy spać – można powiedzieć, że ekspresowo przystosowaliśmy się do zmiany strefy czasowej.

Taksówki są tanie, ale czasem nie chcą jeździć na licznik, tylko na umówioną kwotę – wtedy lepiej… wziąć inną taksówkę. Za ok 5 km zapłaciliśmy 10RM, w nocnej taryfie. Nie jest źle, po drodze Paweł i taksówkarz ucięli sobie krótką pogawędkę o tym dlaczego światła zgasły. Nasze ogólne wrażenia z pierwszego dnia są takie, że angielski to nie problem, właściwie każdy tutaj mówi ciut lepiej lub gorzej po angielsku. Najgorzej to chyba ten taksówkarz, z którym jechaliśmy.

Najpierw zapowiadało się, że rano mamy pobudkę o 7, bo gdzieś Paweł przeczytał, że żeby zdążyć na skybridge (most między dwiema wieżami Petronas Tower), trzeba być tam przed 9. Na szczęście jakoś nie mieliśmy siły się zwlec wcześniej, bo jak pytaliśmy w recepcji rano o najwygodniejszy dojazd to okazało się, że w poniedziałki wejście tam jest i tak zamknięte. I tak pojechaliśmy – zobaczyć je z zewnątrz.

Zostawiliśmy plecaki w recepcji i poszliśmy na KL sentral zobaczyć o której mamy autobusy na lotnisko. Mieliśmy czas do ok 14:00, żeby zobaczyć Kuala Lumpur… Było bardzo wiele rzeczy na liście, które chcieliśmy zobaczyć w tych okolicach – poza petronas towers, chińską świątynią i wcześniej wspomnianą Jalan Petaling, Batu Caves i rzeka świetlików na obrzeżach KL wydawały się być godne zobaczenia. Świetliki odpadły, bo to atrakcja wieczorna, na Batu Caves nie mieliśmy czasu.

Poszliśmy na stację monoraila (kolei jednotorowej), bo podobno ładnie się buja na zakrętach. Polecana do Petronas droga, z przesiadką gdzieś-tam. Bilety tylko w automacie, a język ciągle nam się przestawiał z angielskiego na malajski. W końcu się udało i w nagrodę dostaliśmy dwa plastikowe żetony. :)

Zasada jest taka – przybliżasz żeton do bramki, chowasz do kieszeni, przechodzisz. Żeby wyjść, żeton oddajesz. Dla mnie spoko, tylko cały czas bałam się, że go zgubię. Stoimy na stacji i rozkminiamy jak ten pociąg dalej jedzie – otóż nie jedzie, bo to jego ostatnia stacja. (jeśli szukacie informacji dot. komunikacji miejskiej w KL, obsługuje ją MyRapid).

Przyjechał. Wsiadamy. W środku całkiem sporo osób, siedzenia na środku jakoś tak dziwnie… My jednak wolimy stać przy oknie i rozkoszować się widokami z góry. Ta kolejka jechała plus-minus 20 metrów nad miastem. Jadąc pomyślałam, że mi się tu podoba i mogłabym sobie tu pomieszkać. Jechała zresztą z nami jakaś ewidentnie-Europejka i nie wyglądała na zagubioną turystkę. Ciekawe co tu robi?

p1040071

Na czwartej stacji okazało się, że to właśnie do tego miejsca udało nam się wczoraj dojść. Zajęło nam to wtedy, z przerwą na obiad, ponad 3 godziny, a to było tak bliziutko!
- a co to jest za stacja? – Zapytał Paweł, trochę retorycznie. Chcieliśmy wiedzieć na przyszłość.
- Raja Chulan – odpowiedziała Europejka.
- Dziękuję! – zareagował Paweł.
- Proszę! – uśmiechnęła się i wyszła.

p1040051

Na następnej stacji był nasz punkt przesiadkowy na czerwoną linię. Okazało się, że to już nie monorail tylko zwykłe metro a przesiadka to kilkuminutowy spacerek. Dobrze, że nie byliśmy sami, to podążyliśmy za grupką ludzi i się udało bez zbędnego szukania. Czerwoną linią dojechaliśmy do KLCC (Kuala Lumpur City Center). Ogromne, nowoczesne budynki centrum handlowego i hoteli wyglądały zupełnie inaczej, niż wczorajsze indyjskie i chińskie dzielnice. Ale trudno mi powiedzieć z całą pewnością co podobało mi się bardziej. Słońce prażyło niemiłosiernie i nasz organizm chyba jeszcze do tego nie przywykł (opuszczaliśmy Polskę przy -15°C), a tu było jakieś +30-35°C. Wyciągnęliśmy nakrycia głowy i skupiliśmy się na pstrykaniu wież z różnych perspektyw. Kiedy przeszliśmy na drugą stronę ulicy, bliżej centrum handlowego, były tam fontanny i mini-park z drzewkami i trawką. Pośród nich Photo Spot 1. To już jest przesada – podpowiadają turystom gdzie zrobić zdjęcie. Na pohybel schematom! Zrobiliśmy chyba z tysiąc zdjęć w różnej zakrzywionej perspektywie. Przy okazji – nigdzie indziej nie widzieliśmy żadnego innego Photo Spot… Poniżej jedno z „prostszych” zdjęć bliźniaczych wież.

dsc00107 p1040101

Gdy się zorientowaliśmy jak jest późno… było już bardzo późno. Tak bardzo, że nie zdążyliśmy zjeść śniadania i postanowiliśmy pojechać taksówką – w końcu są tanie! Wsiadamy:
- gdzie chcecie jechać?
- KL Sentral, hotel YMCA
- to będzie 30 ringitów.
- Ile? Wczoraj jechaliśmy tam za 9!
- u mnie jest za 30 ringitów.
- jak to, nie używasz taksometru?
- nie, nie… to inna firma, my jeździmy bez taksometru…

Podczas całego pobytu w Malezji nasłuchaliśmy się miriadów tego typu wymówek i kłamstw.
Skończyło się na tym, że idąc w stronę hotelu i łapiąc po drodze co popadnie w końcu oddaliliśmy się od centrum na tyle, że udało nam się złapać „normalną” taksometrową taksówkę. Zapłaciliśmy chyba 11RM.
Wpadliśmy po plecaki i na wariata polecieliśmy na KL Sentral. Kurde, obyśmy zdążyli, bo nasze rajskie wakacje odejdą w zapomnienie. Następny bus jest za pół godziny, a w Air Asia trzeba być godzinę wcześniej (w zależności od lotniska/destynacji), żeby nadać bagaż rejsowy.

Udało się! W ostatniej chwili! Autobus miał jechać 40 minut. Jechał godzinę, bo korki. Cały czas wszystko na ostatnią chwilę. Na szczęście udało nam się zdążyć. Bagaż rejsowy (wszędzie w Malezji) też prześwietlają, więc można tylko się cieszyć, że aparaty z kliszą wyszły już właściwie z użycia. Oddaliśmy bagaż i poszliśmy na śniadanie – znów do maka – niech żyje lokalne jedzenie :)

Zanim nas zaczęli wpuszczać na pokład trochę czasu minęło. Do salomotu szliśmy po płycie lotniska, w wyznaczonych miejscach biegła ścieżka zabudowana daszkiem (w razie deszczu czy słońca?). To był nasz pierwszy lot Air Asią. Miejsca dają numerowane, „po kolei”. Załoga ma na sobie czerwone (panie) lub czarne (panowie) uniformy. Całkiem ładnie się to prezentuje. Lecieliśmy na Bali, a ja czułam niedosyt. Wiedziałam już, że musimy jeszcze kiedyś tam wrócić.

Bali

Kilka tygodni przed wylotem rozmawiałam ze znajomymi, którzy mieli już tę część świata „za sobą” i nie nastroili mnie zbyt dobrze do tej wyspy. Syf, brud, smród i nuda. Ogólnie – nie warto.

Dolecieliśmy po 19:00. Od progu lotniska zaczęto nas serdecznie witać i zaczęłam odczuwać tę presję kurortu turystycznego. Jeden gość (w mundurze lotniskowym) ocenił nas wzrokiem i zagaduje do mnie:

- blah blah blah express line?
- słucham?
- tutaj jest odprawa imigracyjna, w kolejce trzeba czekać przynajmniej 40 minut. Chcielibyście odprawić się ekspresowo?
- Taaak… czemu nie. – Odpowiedziałam niepewnie, bo w samolocie zabrakło formularzy i musiałam to jeszcze powypełniać, a to trochę zajmuje.
- To będzie kosztować 90 000 rupii (trochę ponad 30zł).
- yyyyyy… a ile normalnie? – zapytał Paweł zaskoczony
- Nic, ale kolejki są bardzo, bardzo długie… lepiej zapłacić.
- Nie, dziękujemy.
Od momentu wypełnienia formularza czekaliśmy jeszcze 5 minut. Czyli razem 10-15 :) Później widzieliśmy tego gościa na jednym ze stanowisk przyjmujących te formularze. Ciekawe, czy ktoś się dał nabrać. Jakie to było miłe przywitanie!
Gdy tylko doszliśmy do ostatniego skrętu w lotniskowym korytarzu usłyszałam: „Hey, miss!” i odruchowo zaczęłam się rozglądać, bo obok nas nikogo innego nie było. To były, niestety, kantory. Jeden przy drugim, 10, może więcej kantorów. W każdym z nich przez niewielkie okienko wychylali się do nas ludzie, a inni ochoczo machali.
- tu! tu! Wymiana dolarów! – zawołał jeden.
- Hallo! Ja wymienię! – rozległo się z drugiej strony
- Wszędzie jest taki sam kurs! – krzyknął w końcu trzeci i pomachał kartką z aktualnymi kursami. Porównaliśmy to. Faktycznie wszędzie taki sam kurs. Co za bzdura! Po co robić tutaj takie zamieszanie z tyloma kantorami? Czuliśmy się, jakbyśmy przechodzili przez dzielnicę największej biedoty, gdzie każdy prosi nas o pieniądze na bułkę. Odechciało nam się wymieniać w ogóle, ale po krótkiej wymianie zdań uznaliśmy, że coś musimy mieć, bo jest już późno i będzie ten sam problem, co w KL.
Mieliśmy ochotę podejść do tych kilku nielicznych okienek, w których siedzieli znudzeni pracownicy i ignorowali naszą obecność.
- proszęproszęproszę! Wybierz mnieee! – powiedziała jakaś uśmiechnięta dziewczyna wciskając się w szczelinę szyby okienka. Bezwiednie skierowaliśmy się do niej, bo zrobiła to zawodowo – jak mała dziewczynka.
- Thank you! – powiedziała, a jej twarz zmieniła się w mgnieniu oka ze wzbudzającego litość na niepohamowaną satysfakcję.
Wymieniliśmy mało, bo całe te kantory wzbudzały w nas dość mieszane uczucia. I słusznie, bo to był kiepski kurs.

Gdy tylko wyszliśmy z lotniska zaczęła się powtórka z rozrywki. Tym razem taksówkarze, choć mniej nachalnie, to oferowali taksówkę i pytali dokąd chcemy jechać. Nasz hotel był jakieś 1,5 km od lotniska, ale nie wiedzieliśmy dokładnie w którą stronę no i byliśmy padnięci, głodni i z ciężkimi plecakami.
- Ile do hotelu Baruna Bali?
- 150 000 rupii (53zł!!).
Spytaliśmy ile to jest w dolarach i choć byliśmy świeżo po wymianie i znaliśmy kurs (ok $16) usłyszeliśmy:
- terti, terti – (thirty?)
- a to nie.
- to ile chcecie dać?
- chcemy pojechać na licznik…
- na licznik? Tu się nie jeździ na licznik. 100 000!
Jakiś inny słysząc rozwój wydarzeń zaoferował nam tę przejażdżkę za 75 tys. Po szybkich uzgodnieniach uznaliśmy, że 50 000 powinno być ok.
- możemy dać 50 000.
- OK! – powiedział i w podskokach zaprowadził nas do swojego samochodu – wiedzieliśmy już, że okropnie przepłacamy, ale nie było wyboru. Później w hotelu dowiedzieliśmy się, że taksówka na lotnisko powinna kosztować maksymalnie $5.

Gdy dojechaliśmy do hotelowego szlabanu zatrzymał nas ochroniarz i otworzył drzwi.
- Security procedures! – pomachał nam zapaloną latarką po butach i zamknął drzwi.

p1040152

Recepcja wyglądała super, a my nie mogliśmy się doczekać obejrzenia apartamentu. W pierwszym planie zupełnie nie dopuszczaliśmy wyjazdu do Indonezji, ale trafiła nam się niewątpliwa okazja. Hotel kosztował nas $10 za pokój za dzień ze śniadaniem. Mieliśmy do dyspozycji pięciogwiazdkowy luksus, basen i 56 metrowy apartament. I to wszystko w okolicach Walentynek. Kto by nie pojechał?
My i tak byliśmy w miarę przygotowani, bo w czasie, kiedy ktoś znalazł tę pomyłkę na booking.com mieliśmy już kupiony lot Londyn Kuala Lumpur, ale byli też tacy którzy pisali „Udało się! Mamy zarezerwowane 3 tygodnie …. to teraz jeszcze loty”.

Dużo czasu spędziliśmy na recepcji. Były problemy z kartą i takie tam. Dzwoniliśmy do Polski i okazało się, że ci ludzie nie umieją obsługiwać kart czipowych. Byliśmy bardzo głodni, więc się ogarnęliśmy i wyszliśmy w poszukiwaniu czegoś dobrego. Chcieliśmy, podobnie jak dzień wcześniej pójść gdzieś przed siebie i znaleźć coś dobrego. 2 minuty później się potknęłam na jakiejś dziurze i wywaliłam. Szczerze? Cieszę się, że wywaliłam się od razu, bo później uważnie patrzyłam pod nogi i nie złamałam sobie nic na jakiejś mega ogromnej dziurze. A było ich mnóstwo. Ulice się remontowały, chodniki były albo nie były – czasem coś wystawało, czasem była jakaś mega dziura. O raany. Tu jest rzeczywiście straszny syf! Ja chcę wracać do KL! Szliśmy już kawałek i restauracji jak nie było, tak nie było. Postanowiliśmy zmienić kierunek na nabrzeże – przy plaży zawsze są restauracje! W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że mimo, że wiemy gdzie jest plaża nie mamy pojęcia jak się do niej przedostać. Przeszkodę stanowiły ogromne hotelowe posiadłości. Gdy zobaczyliśmy jakiś znak postanowiliśmy się go trzymać kurczowo. Droga nie wyglądała na turystyczny deptak, no ale trudno. Musieliśmy tylko uważać na skutery, bo na zakrętach potrafiły przejechać czasem bardzo blisko nas.

W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że chyba weszliśmy na teren jakiegoś hotelu. W końcu zagadał do nas ochroniarz:
- mogę w czymś pomóc?
- chcemy iść na plażę, gdzie to?
- jesteście gośćmi hotelu?
- no właśnie nie, trochę zabłądziliśmy
- aha… to tam.
- tam? ale tam jest napis „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”…
- chodźcie, ja Was zaprowadzę.

Szliśmy z 10 minut pośród hotelowych budynków, było coraz ciszej i nic nie wskazywało na to, że mielibyśmy tam dotrzeć do jakiejś restauracji.
- Są tam jakieś restauracje?
- tak, oczywiście. Tu w prawo.
Szliśmy tak dość daleko i w końcu zauważyliśmy jakieś światełka. To chyba tam. Im bliżej byliśmy, tym bardziej mieliśmy wrażenie, że ten styl wydaje nam się znajomy.
- a to nie jest nasz hotel?
Oczywiście, że to był nasz hotel. Zdradziła go duża grupka POLAKÓW siedzących przy stoliku (bo pomyłkę znalazł jakiś Polak).

- Przepraszam, można tu coś zjeść?
- O tej porze już nie… A jesteście gośćmi hotelu?
- To zależy… co to za hotel?
- Baruna Bali.
- to tak :)
- to możecie sobie zamówić room service. – poddał myśl, gdy już przestał się z nas śmiać.
- aha… a tak gdzieś w restauracji?
Dwóch barmanów zaczęło konsultować tę ważną dla nas kwestię. Polecili nam restaurację „z dobrym jedzeniem, bo tam pracuje mój brat”, ale głównie seafood i Hard Rock Cafe. A to daleko?
- niedaleko! 15 min na nogach.
Później nam zamówili taksówkę i pojechaliśmy daleko daleko, z 15 minut samochodem :) Zdecydowanie dalej, niż Lotnisko. Na taksometrze było niecałe 12 000 rupii. Gdy podałam 15 000 pan się zmieszał:
- bardzo mi przykro, ale najniższa cena to 25 000 rupii.
- jak to?
- przy zamawianie taksówki z hotelu.

Wrr, czyli jakbyśmy wyszli przed hotel i zatrzymali pierwszą lepszą taksówkę (co nie byłoby trudne, bo trąbiły na nas jak oszalałe) to zapłacilibyśmy 2 razy mniej? I tak, wiem, że to różnica 4 złotych, ale nie o to chodzi!

Im bardziej świat się robi międzynarodowy i dotknięty cywilizacją tym mniej (a może bardziej?) ludzki się staje. Nie wyobrażam sobie naciągnąć kogoś na 200-300% ceny (przypadek z lotniska) tylko dlatego, że on tego nie wie i uzna to za małą kwotę. Ale to nie jest odosobniony przypadek i działa w dwie strony. Wyobrażam sobie też analogiczne praktyki na turystach w Polsce (jeśli nie teraz, to na pewno kilka lat temu, kiedy te różnice były znaczące). Tak czy siak, gdy dopada mnie taka nostalgiczna myśl jest mi smutno, że nie żyłam kilka lat wcześniej, gdzie więcej było dziewiczych terenów, nieskalanych globalizacją miasteczek i wiosek, i boję się tego, jaki świat zastaną moje dzieci i wnuki … i chcę zwiedzić jak najwięcej tu i teraz, póki jeszcze jest gdzieś coś innego i pięknego. Całkiem dobrze jest to opisane przez Alicję z loswiaheros.pl – nic dodać, nic ująć.

Wracając jednak do tematu przewodniego – w HRC był jakiś koncert, ale kuchnia już była zamknięta. Trafiliśmy do jakiegoś centrum, więc poszliśmy na nogach do pierwszej restauracji, która nam się spodobała. W powrotnej drodze zapłaciliśmy jeszcze więcej (tym razem na taksometr). Niby dlatego, że ulica jednokierunkowa, ale jak sprawdziliśmy później na google maps – wyjechaliśmy do następnego miasta i zrobiliśmy ładną nocną rundkę bo Bali!

Następnego dnia po pysznym śniadanku rozpoczęliśmy tak zwany dzień właściwy – basen, wylegiwanie, basen, opalanie, basen, opalanie, krem z filtrem, basen, wylegiwanie w cieniu, basen, basen, drink, basen … Mimo, że Paweł leżał w cieniu, a ja prawie cały czas leżałam w cieniu słońce nieźle nas przyjarało. Szczególnie Pawła.

dsc00159 p1040198

Nie mieliśmy wyjścia. Moje dwa dni słodkiego nicnierobienia i relaksu musieliśmy zastąpić zwiedzaniem. Dobrze, że maniakalnie nabrałam mapki Bali z ofertami wycieczek, gdy staliśmy w tej okrutnie długiej kolejce na lotnisku. Wieczorem po kolacji w hotelu rozeznaliśmy się w ofertach i poszliśmy spać (wcześnie spać).

dsc00142

Rano podzwoniliśmy i zorientowaliśmy się w sprawie wycieczki. Najlepszą opcją dla nas okazało się być wynajęcie samochodu z kierowcą na cały dzień (w cennikach liczone za pakiet godzin – całkiem tanio) Poszliśmy na śniadanie, wzięliśmy aparaty i czekaliśmy w recepcji na kierowcę. Miał być o 11, ale były straszne korki i się spóźnił chwilę.

Gdy wsiedliśmy i zaczęliśmy mu wymieniać co chcemy zobaczyć zmarszczył czoło i zaczął dumać. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił i westchnął w zadumie. Do tego cmoknął parę razy, podrapał się po głowie i zaczął nam wymieniać alternatywy.
- ale my chcemy to…
- będzie bardzo ciężko w 8 godzin, korki i to zupełnie inne kierunki.
To, czego nie mieliśmy na mapie to siatka dróg na Bali. Choć niektóre z obranych przez nas punktów były bardzo blisko siebie, nie można było do nich bezpośrednio przejechać.
Postanowiliśmy więc, że pojedziemy na słonie i w trakcie będziemy podejmować decyzje na co jeszcze mamy czas, w zależności od natężenia ruchu. Zgodził się na to i ruszyliśmy.

Dość marnie ruszyliśmy, bo faktycznie były korki. Mimo bliskich odległości do pierwszego punktu wycieczki dojechaliśmy po prawie 2 godzinach. Po drodze oczywiście robiliśmy mnóstwo zdjęć i zadawaliśmy mnóstwo pytań. W tym czasie Bali w moich oczach przerodziło się z brudnego, brzydkiego „kaczątka” w pięknego „łabędzia”. To nie Bali jest brzydkie, to Kuta i Denpasar takie są.

p1040400

Im dalej byliśmy od Denpasar, tym było piękniej. Coraz mniejsze wioski, usytuowane w górach, przez które przejeżdżaliśmy i ludzie ubrani w coraz bardziej lokalne stroje (w tym „trójkątne” słomkowe kapelusze). Przy ulicy co jakiś czas mijaliśmy sklepiki i przy wielu z nich znajdował się żółty napój w butelkach bez etykietki.
- co to jest? Jakiś lokalny alkohol?
Kierowca zaczął się dusić od śmiechu i wreszcie powiedział:
- to benzyna do skuterów.
- benzyna??!?!
- no tak.. Na wioskach nie ma stacji benzynowych, więc dobre i to… Oczywiście taka jest droższa.

dsc00424 p1040357

Słonie były nauczone wielu sztuczek, które chętnie pokazywały za jakieś przysmaki. Idąc wgłąb ośrodka zauważyliśmy kilka słoni na łańcuchu. Takie widoki łamały nasze serca, bo naczytaliśmy się, że to ośrodek przyjazny słoniom:

p1040434

Później w rozmowie z jednym z pracujących tam opiekunów dowiedzieliśmy się, że na łańcuchu są te słonie, których opiekunów nie ma aktualnie w pracy. Podobno każdy narodzony słoń dostaje swojego ludzkiego opiekuna i on, słoń i człowiek wspólnie dojrzewają. I to jest relacja na całe życie. Prawie jak małżeństwo.

dsc00246 dsc00294 dsc00297

Przeszliśmy przez cały ten ośrodek i szczerze wyobrażałam sobie coś innego. Gdy wracaliśmy, zaczął zaczepiać nas mały słonik.
- … banana, jabłko to możecie go nakarmić. – powiedział do nas – początku nie słyszałam.
- tak chętnie.
- no to macie?
- ale co?
- Banana, albo jabłko…
- aaa, nie, nie mamy. – odchodzimy.
- nie szkodzi, ja mam. Używam tego jabłka przy treningach.

Przysmak wyczuł jeszcze jeden maluch i chwilę później moją dłoń zaatakowały dwie łapczywe trąby. Dostałam nakaz, by dawać po jednym, ale było to naprawdę ciężkie. Paweł wkładał nawet kawałki bezpośrednio do „paszczy”. W tym czasie Przystojniak (tak miał na imię :) ) przytrzymywał mu głowę trąbą, żeby przypadkiem się nie rozmyślił.

Później mieliśmy jechać do Świątyni Królów, a następnie do Ubud na tarasy ryżowe – według opinii w Internecie największe i najpiękniejsze. Jednak nasz kierowca sugerował, że to za daleko i nie zdążymy, ale on zna inne, po drodze i mówił, że są też super. Po drodze musieliśmy jednak zahaczyć o jakiś kantor, bo mieliśmy już resztkę rupii. Gdy dojechaliśmy do jakiegoś większego miasta, okazało się, że wymiana jest dość problematyczna. Dolary? A i owszem, ale tylko tzw. „Big head”. Byliśmy tym faktem ogromnie zdziwieni, ale spróbowaliśmy w dwóch miejscach i w obu to samo. W rozmowie z kierowcą okazało się, że tutaj jest tak wszędzie — to dziwne, w Malezji nie mieliśmy tego problemu.

Jechaliśmy jakieś 30-40 minut i nagle w dole wyłoniły się piękne ogrody z oczkami wodnymi i fontannami oraz niewielkimi „altankami”. To była Świątynia Królów. Zdecydowanie lepiej jest to pokazać niż opisać.

p1040523 p1040534 p1040536 p1040538 p1040579 p1040590 p1040597

Do świątyni można było wejść zasłaniając nogi – i kobiety i mężczyźni opasani byli chustami, które można było wziąć przed wejściem do świątyni. Później schodami na dół i tam już nie wiadomo było w którą stronę iść najpierw. Pośród zamszonych murków w klatkach stały zwierzęta (kury, kaczki itp.) i różnorodna roślinność. Dalej po schodkach w górę i kilka odosobnionych miejsc – jedno z nich ze święconą wodą, przy innym stare figurki wypluwały wodę. Wyżej po schodach, na środku szło się do świątyni – jak mniemam centralnej jej części. Tam w różnych częściach rozstawione były „ołtarzyki” – nieco wyżej i zadaszone. Miały niewyobrażalne kolory i kształty. Niektóre rzeźby były kolorowe, inne kamienne, szare. Wszystko to razem jednak nie wyglądało chaotycznie ale ciekawie.

p1040702

Gdy wracaliśmy do samochodu w sklepikach obok świątyni już machali do nas sprzedawcy oferując różnego rodzaju napoje. Wsiedliśmy i pojechaliśmy do tarasów ryżowych. Tam też mieliśmy zjeść obiad.
W tym miejscu zasadziło się również paru „obnośnych” sprzedawców – np. chustki czy pocztówki, ale też inne ciekawe gadżety, których nie mieliśmy ochoty nosić ze sobą przez cały miesiąc, więc zwyczajnie zignorowaliśmy próby namawiania.

dsc00374 p1040610 p1040617 p1040620

Trzeba przyznać, że tarasy robiły wrażenie. Niby prosta uprawa, a jednak wyglądało to przepięknie. Szczególnie, że różne stopnie były na różnym… stopniu rozwoju. Siedzieliśmy i delektowaliśmy się tym obrazem przy obiedzie. Szkoda było odjeżdżać, ale mieliśmy mało czasu, a chcieliśmy zdążyć przed zachodem do Tanah Lot – Świątynia nad morzem, do której można się dostać jedynie przechodząc przez morze.
Po drodze zauważyliśmy młodych chłopców ubranych na biało. Pomyśleliśmy od razu o odpowiedniku naszej komunii, ale okazało się, że to ichniejszy zwyczaj – chodzą do świątyni wieczorem praktycznie codziennie (słyszeliśmy, że nawet 3 razy dziennie), mężczyźni zawsze ubrani są w białe stroje. Kilkanaście minut później trafiliśmy na całą „procesję”. To chyba było jakieś ważne święto.

dsc00523

Gdy wreszcie dojechaliśmy do Tanah Lot pożałowaliśmy, że jest jakieś ważne święto. Tłumy, ale dosłownie TŁUMY ludzi przedzierały się przez tamte okolice. Było tam zarówno mnóstwo turystów, jak i lokalnych osób. Kobiety szły niosąc koszyki z jedzeniem na głowie. Droga prowadziła przez morze do oddalonych o jakieś 50 metrów skałek, w których była świątynia. Nie wpuścili nas. Nie wiemy dlaczego, ale ogólnie turyści oglądali całość z zewnątrz. Wychodzący stamtąd ludzie mieli na czołach ziarna ryżu. Mimo, że miejsce było piękne, to bardzo nas wkurzało, że są tam tłumy gapiów i wszystko jest niestety bardzo komercyjne przy świątyni OGROMNE targowisko, gdzie można było kupić wszystko – ubrania, jedzenie, napoje, pamiątki.

Spojrzeliśmy na zegarek i wiedzieliśmy, że zachód słońca nie przyjdzie tak szybko, jak mogłoby nam się wydawać. Postanowiliśmy nie czekać i wracać do domu. Byliśmy już zresztą bardzo zmęczeni, a czekało nas jeszcze sporo drogi.

dsc00718-new

Do hotelu dojechaliśmy ok 21. To był dzień pełen wrażeń i dzięki temu pokochałam to miejsce, które początkowo wydawało mi się okropnie przereklamowane. Jutro wylatujemy.

Wiedzieliśmy, że musimy o 7:00 wyjechać. Od 6:00 śniadania. Zadzwoniliśmy na recepcję z prośbą o zamówienie taksówki dla nas, żeby na pewno się nie spóźnić na lot. Kasy mieliśmy 30 000 rupii. Powinno wystarczyć. 7:02 macha nam jakiś gość z taksówki przed hotelem z pytaniem czy chcemy. Tak, ale mamy mamy zamówioną pod hotel… Gość obrócił się na pięcie i poszedł. 7:10 a taksówki nie ma, byliśmy cali zestresowani. Co jest? Trzeba było wsiadać póki chcieli nas brać :) No ale przecież do tej pory wszystkie taksówki na nas trąbiły, żebyśmy tylko zechcieli jakąś złapać, więc nie powinno być problemu. Wyszliśmy na ulicę. W lewo pusto, w prawo pusto… O! tam jakaś stoi! Biegniemy, ale w środku pusto. Wróciłam się do ochroniarzy i powiedziałam im jak wygląda sprawa. Myślałam, że może gdzieś mogą zadzwonić, ale oni zaczęli się również rozglądać po ulicy w lewo i w prawo. To nie wróży nic dobrego…. W końcu Pawłowi udało się kogoś znaleźć. Miał obleśne, bardzo długie paznokcie.

Zawiózł nas na lotnisko i pobiegliśmy do checkinów. Na szczęście zdążyliśmy! Dziś odbieramy mojego tatę w Singapurze.

Zobacz wszystkie zdjęcia

  1. Super zdjęcia! Szkoda tych słoni trochę… Bardzo fajne zdanie „Im bardziej świat się robi międzynarodowy i dotknięty cywilizacją tym mniej (a może bardziej?) ludzki się staje.” Wszędzie niestety ludność chce zarobić… dorobić….

    Wozicie ze sobą gotówkę, dolary/euro? Czemu nie wypłacacie ichniejszych pieniędzy z bankomatu np. dzięki karcie Aliora?

    • Słonie nie miały tak źle, nie były bite, sztuczek uczyli ich poprzez nagrody i generalnie loza tymi łańcuchami wyglądały na szczęśliwe.
      Co do gotówki: jak jeździmy w Europie to karta wystarcza. Poza – wolę mieć pewność i nosimy i to i to… Na Bali było problematyczne płacenie kartą i musieliśmy do Polski dzwonić :) w wenezueli to były względy czysto praktyczne (kurs oficjalny 2 razy gorszy….), a poza tym poza miastem już ciężko z korzystaniem z karty. Gotówka to gotówka :)

Zostaw komentarz